LIMUZYNA DO WOLNEGO CZYTANIA 10
MONET CHRISTO
Jakim kompletnym bufonem, kabotynem, kretynem i uzurpatorem trzeba być, żeby nazwać swoją książkę: „Bóg, życie i twórczość”.
Napoleon X Dzienis
Słowo ważne jest. Litera. Książka. Ważne wynalazki człowieka. Kto wie czy nie najważniejsze w sumie. Kto wie. Nauczyłem się czytać w bardzo wczesnym wieku, mając około 2-3 lat. Tak mama mi powiedziała. Wychowałem się na wsi, więc pierwsze litery, książki były z moich dziadków, z mojego ojca biblioteczki, z czasopism Młodych Techników i starych książek ze studiów mojego ojca. Z inżynierii elektrycznej ze specjalizacją energetyczną. W tych książkach znalazłem również negatywy zdjęć mojego ojca. Więc mając kilka lat, siedząc w ciemnym strychu oglądałem negatywy pod światło w szparze między deskami i szperałem między literami. Mój ojciec urodził się tego samego dnia co Napoleon Bonaparte i pewnego spóźnionego w moim życiu dnia powiedział mi, że ostatnią książką jaką czytał przy lampie naftowej był „Hrabia Monte Christo”. Ale ta informacja wtedy już niewiele mogła mi pomóc. Swoje niestety musiało się wydarzyć. A może właśnie stety.
W biblioteczce książki przeróżne, jak to w niedoborze PRLowskim. Dużo małych katolickich książeczek: modlitewniki, śpiewniki, opowiastki o świętych, o ojcu Bosco, ilustrowana w większym formacie „Serce” Edmundo de Amicisa. Bardzo dużo też małych wojennych książeczek z tzw serii „Tygrysa”, trochę „Sensacji XX w.” procesy. Sporo też propagandy powojennej końca lat czterdziestych na przykład „Siódmy krzyż”. Jedno z wydawniczej serii kilkudziesięciu dzieł, w pięknej twardej granatowej z wytłoczonym wizerunkiem na środku Lenina. „O człowieku co się kulom nie kłaniał” i takie tam dziwactwa pokręcone. Trochę książek dla ojca i jego braci za wyniki w nauce. Nie sądzę żeby ktoś to czytał. Ale w PRLu nie pozbywano się żadnej materii, chyba, że się zepsuła, to wtedy na części. Bieda, po prostu. Z czasem, jak się dobrze skupię to sobie resztę przypomnę 😉 Była jeszcze czterotomowa 'Historia Sztuki’ Michaiła Ałpatowa, ale mało ilustracji w niej było, wiadomo, bo po co.
Typowe PRLowskie betonowe osiedle, dziesięciopiętrowce z parterem i suszarniami na ostatnim 11. W sumie 12. 3 na ulicy Lenina, w tym mój, 2 na Warszawskiej. Nic specjalnego. Nad ściekiem nazywanym rzeką Białką. Trzeba było sobie organizować zabawę. Ach miliony pomysłów. Po książki chodziło się do bibliotek. Na czasopisma trzeba było polować, tak jak na prawie wszystko. Tata chodząc codziennie z rana do sklepu po pieczywo kupował mi zawsze 'Świat Młodych’ z komiksem na końcu. Mama z racji tego, że mogła założyć teczkę w kiosku Ruchu w swojej pracy w Urzędzie Wojewódzkim kupowała mi książki Karola Maya w zeszytach. Póżniej czasopismo komputerowe 'Bajtek’ i 'Komputer’. Po magazyn 'Razem’ ze zdjęciem piłkarza i Dziennik Ludowy z plakatem piosenkarzy na końcu trzeba było się ustawić w sobotę z rana w kolejkę do kiosku Ruchu. Nakłady były małe więc nie każdy dostawał to co chciał. Zdjęcia i plakaty były walutą wymienną na podwórku. Wielu na nie polowało. Myśmy chodzili po skupach makulatury, jak się dobrze zagadało to wpuszczali i można było sobie buszować. To były kompletnie odjazdowe momenty na tych hałdach gazet. Kiedyś to wszystko tętniło życiem, setki dzieci na zewnątrz grających.
W Szkole Podstawowej nr 22 im. Marii Konopnickiej książki można było wypożyczać dopiero od 3 klasy. Pamiętam, że wygrałem jakiś konkurs, bo bardzo dużo wypożyczyłem. Około 80 książek. Śmieszne. Mieliśmy takiego matematyka, co popijał z termosu sobie. Fajny facet w ogóle, w Solidarności był. No jakoś mnie upatrzył sobie i wysyłał mnie na lekcji po 'Expres Wieczorny’, codzienniaka takiego. Ale dzięki temu mogłem zachodzić sobie do księgarni niedaleko szkoły na Mickiewicza i wąchać sobie książki. Po stanie wojennym, po 1984 roku jak zaczęły się powoli odwilże postkomunistyczne, wprowadzono w księgarniach tzw subskrypcje. Takie talony uprawniające do zakupu książek. Przedpłaty, można powiedzieć. Pamiętam, że też na nie polowałem. Kupiłem sobie wtedy Małą Encyklopedię Kultury Antycznej na przykład. Kiedyś temu matematykowi zrobiłem numer i kupiłem wcześniej ten Expres i jak mnie wysyłał, to wyjąłem zza pazuchy i mu dałem. Nie mógł wyjść z wrażenia. A to było przecież takie proste. Co on w tym termosie miał? 😉 Dużo fantastyki czytałem. Również polskiej. Ulubionym był tomik opowiadań Adama Synowca „Powrót z przesiadką”. Conany Howarda się kolekcjonowało. Relaxy, zeszyty zbiorczych różnych komiksów w odcinkach. Kapitany Żbiki, Tytusy itd. To co było dostępne. Na osiedlu mówiło się że Władcę pierścieni można tylko raz przeczytać. Po kopie do wypożyczenia się stało w zamówionej kolejce.





































