ESCHATO PARADYGMAT SKRYTOŚCI. PRO/LOG/IN
Pierwsze teksty były pisane na przełomie 2022/23. Zdjęcia zrobione w 2022/23 i przygotowane w Maju 2024, przed wyjazdem z Polski, opisanym w Limuzyny częściach 11-24.
PROLOGIN
Patrzysz na N’miasto. To już 30 lat a jakbym wczoraj przyjechał. Miasto zaciera czas i ukrywa swoją prawdziwą N’architekturę. Nikt cię tu nie chce, nikomu to nie w smak. Jakbyś przeszkadzał w sado-N’masochistycznym stosunku, w którym dawno zatarły się role i cele. Ale o to przecież w końcu chodzi… Struktura była już tkana jakiś czas i pasujesz tu jak pięść do przymkniętego oka. Niestety ktoś gdzieś coś jakoś pomylił is stało się. Zostałeś wciągnięty jak paproch do odkurzacza albo, żeby daleko nie szukać, jak kreska do N’osa. Wylądowałeś w N’mieście. Stolicy Syfu. Brud, smród i ubóstwo to nic nie powiedzieć. W zależności od twoich zdolności szczurów jest po pachy lub wcale. Takie to miasto.
Rozglądasz się, ale już daremnie. Już nie ma do szarych, betonowych murów przyklejonej oszukańczej nadziei. Przypominasz właśnie sobie jak kiedyś, dużo później zaproponowałeś w N’tv formę iluzji w promocji: kiedy w różnych ujęciach architektury miasta „wychodzą” przy określonym świetle liczby. Wtedy co prawda chodziło o jedynkę. Ale miał na myśli wszystkie inne. – Przyjaciele hakerzy zablokowali dla N’iego wszystkie pociągi, żeby odbyła się ta właśnie impreza. Na tej Ziemi. Od jedynki się zaczyna? Czy od zera? Lepiej od zera, może na nim się wtedy nie skończy.
Porwany pamięci dziennik, jak to było?: – Jedź synu, zawsze możesz tu wrócić. Gdy zbieram słowa z początku… To była analogia! O to mu chodziło. – Ta Twoja historia… To była ostatnia historia jaką ojciec czytał przy lampie naftowej… On też nie miał świadomości czym dokładnie jest N’miasto. Co przytrzymuje.
Obudź się. Przyzwyczaiłeś się widzieć w mroku? Wszyscy jesteśmy szpiegami. To nie czas na zdziwienie. Dotarłeś. Bezwzględność, meta skrytości. Jesteś wybrany, żeby potraktować tę chwilę jak chcesz. To oczywiście poczekalnia. Przetasuj się, jeśli dasz radę. Jeśli potrafisz się zmierzyć ze sobą. Inni nie będą mieć tyle szczęścia. Coś zostaw, coś wyrzuć.
Świat zaprogramowany nie budzić. Mor dookoła zmor dookoła Mor. Ludzie w niewiedzy stale umierają. To Twoja własna, osobista iluminacja. Bez swojej wiedzy zostałeś wezwany na czarną mszę skrytości. Bez swojej woli się stawiłeś. – Nie wiedziałeś, że to możliwe? Rozmowa z Tobą toczy się poza twoją świadomością. Prawda została ustalona. Nasza satysfakcja nie ma prawa ci przeszkadzać.
– Może cię przyjmą do rodziny… Nie, nie przyjmą. Wygodniej jest upokarzać. Trzymać w gotowości i mieć satysfakcję z Twojej chęci lub niewiedzy. Twojego życia w mroku. Twojej skrytej służby. Nie masz w sobie tej krwi. – Nie zapomnij zawsze wstać. Oni wszędzie kradną. Relatywizm jest atakiem. Rozpoznasz po szukaniu potencjalnego ekwiwalentu sensu. Po pieniądzach… Sekretyzm ulubionym sitem sztucznej elitem…
Porwany pamięci dziennik, jak to było? – Skrytość jest jak cienki welon ciemnej materii. Cicho i spokojnie otula. Zabija. Morze ostatni raz wyrzuca na brzeg. – Muszę złapać oddech, zrzucić brudne ubranie… Obudź proces pamięci. Kolejny piwot. Pastisz. Wszystkie formy ruchu są w grze. Woda najlepsza. Unikniesz pretensji. Oni ciągle patrzą. Oczy puste, wygłodniałe, roszczeniowe. Jak z książek ghostwriterów. Oszukana treść też tęskni do formy. Nie będzie formy. Sfora jęków kosmicznego rozczarowania z nadchodzącego wyroku. Wieczne nic. Kto by się nie darł…
Przepłynąłem milion mórz i tunel gówna przez całe N’city… Nie dali rady dostatecznie rozebrać. Upodabniali się na chwilę, na jeden dzień, rok. Jak zły film. Jak przekleństwo… Oni tak patrzą na Ciebie. Jak na towar, środek do celu bez celu. Strach przed upokorzeniem gorszy od strachu przed bólem fizycznym. Wystarczy by sprzedać człowieka… Kiedy trzeba święty idiota, kiedy trzeba – maszyna. Sztuczna inteligencja. Tak właśnie zachowują się pasożyty. Oczekują schematu zachowania do którego obmyślą się. Imposterstwo rzemieślnicze. Żmije… Nie posiedli ani umiaru, ani wymiaru… Chcesz kogoś zniszczyć, wmów mu, że jest wybrany… Zdejmuj już tę śmierdzącą koszulę. Oddychaj.
Widzę…Tworzy się tkanka… Nic im nie powiem.
OBLIVION
Może to plaża. Przewracasz się, kasujesz wizję. Może opad. Znowu się przewracasz. Teraz pył. Trupy. I znowu. Plastik. Gazety. Śmietnik. I tak bez końca. Hazard przyszłości. Wejdź głębiej. Wstajesz. Świeci w oczy biały piasek. Twarz zaczyna się napinać. Wysypisko odpadów radioaktywnych po horyzont. To nie piasek, to CUKIER. Oddychaj. Wszędzie cukier. Aż pod karminowe niebo. Chrzęści. Sztuczny, aż zatyka. Klei się. Ach, to jest właśnie efekt uboczny ich skrytości… Zabija powietrze. Ponownie użyty, żeby zarażać, penetrować i niszczyć. O słodka gównoprawdo! Latami ich karmił, modyfikował. Kryptolaboratoryjnie hodował. Cukrownia. Posłuszne plemię. Aż Bogini Syropa nasyciła wizję. Oto stężony roztwór na skrytości. Oto Świątynia Forum Kryptobelfegorum… Weź czarną watę i wsadź we wszystkie otwory. Obetniesz rogi, z ziemi wyrosną. Spróbuj przestać to czuć. W N’city nic się nie zmieni. Oddychaj… To już trzydzieści lat w N’kryptospirali kolonii kar.
Na chatę cię nie stać. Na swoje miejsce. Na swoim polu… Żyjesz w wynajmie, w cudzej przestrzeni. W kolejce. W zawieszeniu. To nie twoje. Czekasz na jakieś kolejne rozdanie, kolejny wyrok. Dokoła skrytość barwi ciemnym filtrem. Przed oczami falujący czarny welon. Wypożyczasz samochód. Cabrio. Welon cię nie opuszcza. Wiatr syczy i kłamie. Żółte niebo. Przyciskasz pedał gazu. Nagle w spectaculum wyrasta z ziemi jakieś miasto. Ktoś jednostajnie wypycha formę od dołu, czarny welon oddolnej materii kłębi się malowniczo jak dym w słoiku. Coraz go więcej. Ale ta gęstniejąca czerń nie może się tam zmieścić. Grzeje się. Nabiera swojej N’Formy. Pęcznieje jak czerw. ETA RAKIETA. Zaraz pęknie. Zielona poświata karnacji pilnuje równego szeregu kolejki. Jakby chciał swoimi długimi rękoma wszystkich zagarnąć. Stoją wzdłuż drogi i trzymają przed sobą ukradzione odbiorniki. Włączone. Ale wnętrza nie oszukasz. Wszystko widać. Gdzieś coś schowane, gdzieś ktoś lży. Tu duma swoja, tam duma zaprogramowana. Kolor w odbiorniku się nie zapala. Dramat. Płaczą. Oddychaj. Trzydzieści lat w N’kryptospirali kolonii kar! Wjeżdżasz underground. Przestrzennie, rdzawo i dziwnie cicho. Wysuszone powietrze z zapachem niczego co znajome. Jak z wirtualnego świata. Zewsząd komunikaty, że sztuczne powietrze potrzebne do prawdziwego życia. Podziwiaj wielopoziomowe parkingi. Wjeżdżasz tędy, wyjeżdżasz tamtędy. I znów w tym samym miejscu. Wszystko jest N’kryptospiralą…
Satelity N’kryptowłaściciela oplotły sieć. Znowu się stroją. Przygotowują się do liż-komunikatu. Odzywają się jakbyś nic nie pamiętał. Kazali wierzyć w osła w baranim kożuchu. Jak złapiesz za ogon to pocieknie… Oni widzą wszędzie kasę. Twoje ciało się buntuje, odrzuca tę wizję. Boją się, że jesteś PONAD to. To ich od razu demaskuje. Dalej nie sięgną. Wymiaru nie dokleisz. Prawdziwa pamięć zacznie w końcu przeszkadzać.
To już nie sen. Pamięć to ich wróg. Posłuchaj.
BASELINE
Pamiętam przejechałem na początku przez N’city robiąc przystanek na musical undergroundowy wiosny 1991. Młodzi zeszli do podziemia mówić nieskrępowanie swoim głosem. Odnaleźli się na dworcu w dymach i laserach. Lokalnie sukces. On nie chciał się sprzedać dalej jak chciała ona i popełnił czyn goryczny kata przeciwko pociągowi. Historia oczywiście korzystała z rzeczywistości, może na odwrót… Wracając odwiedziłem tych co mówili swoim głosem, zabawiłem zadługo i też pobiegłem jak bohater. Co prawda w drugą stronę, za pociągiem. Ale nie dogoniłem. W Jowisza odbiorniku kryptoresortowym Kole Fortuny poczekalni/sypialni peronowej Dworca Centralnego Warszawy leciało akurat „J_ż był w ogródku, j_ż witał się z gąską”. Rozumiem, mój jeżu. I nagle… JUŻ pro/za/logowany… BEZ DOM NIE spełniony sen. Proza życia. W dodatku w Sercu Kontroli Ruchu. Szczury okłamują pułapki i się na Twoich oczach mnożą. Cóż… Trzeba oswoić tę bryłę. Interes stale się kręci. Ćpuny i złodzieje w swoim rytmie. Swoje powtarzalne w nudnej do bólu arogancji bajery, swoje rewiry. „Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka”. Nastoletni chłopcy ślinią patrona. O, znany reżyser obsadza blondynków. Sadza i sadza. Brudna czarna sadza. Wszędzie śmierdzi zagranicznym potem jak w zaczarowanej kreskówce. To ta ich przyjezdna żelazowa woda. Do Żelazowj Woli. Co poradzisz. Trzeba przywyknąć. Jak do deszczu. Czarna wołga zatrzymuje się przy bezdomnym penetrującym śmietnik. – To nie twój rewir. Nieuchronnie zamykająca się na złych oczach szyba odbija N’city.
Nogi bolą, a wyobraźnia potrzebuje coraz bardziej pomocy w obronie. Na zewnątrz coraz mniej krzeseł. Nagle wychodzi dwóch grabarzy bagaży i pokazując na drapacz zielonej poświaty szepcze chrapliwie: „Tam siedzi plemiennik stary przy biurku z kasetką. Pozwala pożyczonym koniom biegać”. Moloch zielony zgnił i wtopił się w czerń N’city. Jego cienie jak potrafią być nie przystające. Zmęczenie zmusiło w końcu zapolować na miejscówkę w poczekalni peronowej. Żeberka ławki niewygodne. Delfin nie wybrzydza. Jedno oko, otwarte później drugie… Umysł bacznie odpoczywa. Dobra, w pewnym momencie, czuję w morzu N’Cień, który do nikogo szepcze: „Nie twoje miejsce” Nikt nie drgnął. Skrytości twarda gra. W końcu jeden wstaje i wychodzi. Wiatr w tunelu szumi. Kosodrzewina się kładzie. Jak gdyby nigdy nic. I tak do rana. Do pierwszego powrotnego pociągu.
Potraktujmy to jako nocleg „zero”. Przecieram oczy, oddycham przeciągiem nadjeżdżającego pociągu. Niesie ten specyficzny zapach bezdomnych z pomiędzy tuneli. Nagle na peron wbiegają hinduscy artyści i śpiewają swój film. N’City pasożytuje i żywiciel jest umierający. To pewne.
Styczeń 2023
Pierwszy raz jak zobaczyłem musical Metro w reżyserii i choreografii Janusza Józefowicza, z muzyką Janusza Stokłosy to było jak powiew świeżego powietrza w tym betonowym smutnym polskim świecie, w którym nic nie było dane i wszystko trzeba było wymyśać od początku. Pojechaliśmy z teatrem amatorskim, bo były uczestnik i student PWST załatwił nam wejściówki. Siedziałem na schodach na środku widowni obok najbardziej wziętej wtedy modelki, znanej twarzy loterii 'TELETOMBOLA” i w ogóle polskiej reklamy. Kolega Grzesiek Gołaszewski, który siedział koło mnie tak zagadnął piękną blondynkę: „Teleeetombooolaaa! Jak żyyywaaa!” a ona na to swoim dzwięcznym głosem: „Toć przecie jeszcze nie umarłam.” W przerwie musicalu podszedłem do dziewczyny sprzedającej gadżety i spytałem się o porwany przy brzegach plakat Metra, ona, że musi pójść się zapytać i poprosiła o przypilnowanie stoiska. Jak poszła, to z kolegą Sebą, z którym wiele razy robiliśmy prowokacje na imprezach i nie tylko, sprzedaliśmy te jej plakaty i jak wróciła to poszła jeszcze raz i wróciła z podpisanymi przez Józefowicza plakatami i jego zdjęciami z autografem. Później drugi raz obejrzałem Metro jak jechałem z kolegą z klasy Mariuszem na obóz UNESCO do Puław. Nawet specjalnie nie musiałem go namawiać I jak wracałem jakiś czas później, ze spotkania uczestników tego obozu w Warszawie to właśnie spóźniłem się na ostatni pociąg i… biegnąc za nim o koniec palców… go nie złapałem. Wtedy to pierwszy raz nocowałem w Warszawie, właśnie w bezdomnych poczekalni peronowej.
Jak rok później wyjechałem z przedstawieniem teatru amatorskiego do białoruskiego Grodna na Dni Kultury Polskiej, obejrzałem w najwyższym hotelu z zamkniętymi wyjściami awaryjnymi „Kariery Bariery” TVP o Józefowiczu i tym właśnie musicalu. Wynikało z niego, że został zrobiony za prywatne pieniądze niejakiego Wiktora Kubiaka i był, jak mówili, pierwszą w Polsce tego typu produkcją, zresztą o spektakularnym tu sukcesie. I podobno tzw warszawskie (i nie tylko, jak podejrzewam) środowisko teatralne zazdrościło im tego. Studenci i adepci szeroko rozumianej sztuki teatralnej liczyli, że z gruntu dostaną role w tym przedstawieniu, co według autorów okazywało się niewystarczającym wekslem bez pokrycia. Zabawne, bo story było takie, że odrzuceni artyści śpiewająco-tańczący odnaleźli się zjednoczeni właśnie w peronowym undergroundzie; a wygrany casting do musicalu oparty był w głównej mierze na ludziach spoza establishmentu, czyli w gruncie rzeczy – amatorach. Story kończyło się wykupieniem tychże artystów i głównej bohaterki Kasi przez establishment i samobójstwem Jana, protagonisty buntownika. Już jak się dostałem do szkoły, często po zajęciach przez pierwszy rok wolałem chodzić na ten musical niż na cokolwiek innego. Od tyłu, przez portiernię, na legitymację studencką Wydziału Aktorskiego PWST. Twórcy później przygotowali wersję angielską na występy na Broadwayu, ale bez sukcesu, co zresztą skwapliwie przy każdej okazji im wypominano. Józefowicz niedługo później założył swój teatr – Buffo, z tymi właśnie aktorami i uprawiał z powodzeniem swoje pole. Była taka reklama wody kolońskiej (lub) adidasa (o ile dobrze pamiętam) jak się odwracał na stołku barowym z voiceoverem „Janusz Józefowicz” i podpisem „Skazany na sukces”.
Jak zacząłem pracować w telewizji to ok. 2007 z kolegami reżyserami obejrzeliśmy sentymentalnie fragmenty Metra gościnnie w Gdyni podczas festiwalu filmów. Wydał mi się wtedy taki… kameralny i… ubogi. Jakiś czas później zaczęły wychodzić informacje skąd się wzięły pieniądze na ten musical i jak to ten producent suma-sumarum zbankrutował w Polsce. Z tej okazji m.in wspominano również w coraz więcej pojawiających się rzekomo niezależnych mediach i podcastach przez rzekomo niezależnych rzekomo poważnych dziennikarzy i felietonistów, wtedy istniejący Hotel Marriott (dziś Presidential) i tajemniczą postać Żyda siedzącego w pokoju hotelowym rozdającego pieniądze na wybrane z jakiegoś to niezmiernie i wymiernie interesującego klucza przedsięwzięcia w Polsce. W tym czasie dopiero, ludzie na szerszą skalę zaczęli składać porozrzucane fragmenty Polskiej TragiFarsy do kupy i rozumieć, że byli oszukiwani również przez ostatnie 30 lat tej rzekomej post-komunistycznej transformacji i jaka to S_EKSMISJA była przez cały czas grana. Z biegiem czasu coraz więcej głosów i interpretatorów tzw transformacji finansowej Balcerowicza wspieranej przez amerykańskiego finansistę/kryptopolityka Jeffreya Sachsa, pompowanej nadwyraz amerykańsko establiszmentowej obligatoryjnej kontrolowanej opozycji, która to pod przykrywką polegała właśnie na transformacji/rozgrabieniu polskiego post-komunistycznego majątku przez „Żydów ze Wschodniego Wybrzeża”.
Ale czy to wystarczyło. Cóż… Walka o rząd publicznych finansów, rząd Goebbelskiej propagandy i Mickiewiczowski „rząd dusz” dalej trwała. I trwa nadal, jak się okazuje, bo jak to mówią… głupich nie sieją. A transformacje mediów przybierały i przybierają coraz to nowsze i starsze, by tak rzec, kształty.
W 2000 roku, jak bardziej/ekskluzywnie wszedłem w środowisko klubowe i poznałem najlepszych/najbardziej efektywnych jeszcze kompletnie ukrytych przed publicznym okiem hakerów polskich, którzy zainicjowali się publicznie akcją przejęcia bilbordów Telekomunikacji Polskiej, i po jakimś czasie pracowałem nad scenariuszem filmu, który koledzy, którym go opowiadałem, ze środowiska tegoż właśnie nazywali polskim Matrixem, wymyśliłem ostatnią scenę właśnie na Dworcu Centralnym N’City, który to kontrolę/rozdzielnię właśnie koledzy głównego bohatera przejmują, blokując wjazd wszystkich pociągów i organizując najlepszą na świecie imprezę w N’City i jego uświadomionych mieszkańców, heh, na którą to ma wjechać tylko jeden pociąg z niczego nie podejrzewającą wybranką tegoż właśnie głównego bohatera. Później oczywiście zrozumiałem, że szansa na tego typu film tutaj była odwrotnie proporcjonalna do chęci na jego obejrzenie i… sensu N’City zrozumienia. Cóż…
4 Października 2026
28.12.2025, warszawski teatr Dramatyczny
z którego "wyrasta" hotel MARRIOTT~Presidential
na przeciw kolejowego dworca centralnego
Jak przyjechałem na studia, Jazz Cafe w Marriocie na ostatnim, 40 piętrze było pierwszym, najwyżej położonym do tej pory, miejscem gdzie umówiłem się na kawę. Była tam, pamiętam, blond Magda M., która pojawiła się jeszcze w moim życiu parę razy. Jeszcze przed 2000 rzuciła branżę giełdowo-finansową i została najbardziej znanym polskim przewodnikiem w NYC.
Również okazało się to ostatnim miejscem gdzie byłem na kawie w N’City czekając z końcem sierpnia na spotkanie, ale hotel już nazywał się Presidential, a bistro – Sky Bar. I jedna z dwóch, przodem piękna blondynka zapraszała co chwilę wzrokiem.
W przeciągu 33 lat nigdy więcej tam nie byłem.
Dostałem niedawno mejla z tekstem „Mam pomysł więc piszę” i moje zdjęcie siedzącego w nocy z gitarą głównie z płcią piękną z tegoż to wspominanego tu obozu UNESCO. Odpowiedziałem „Gdzie ten pomysł” i taką oto dostałem odpowiedź, po 35 latach, i zdjęcie mężczyzny z dzieckiem na plecach otoczonego instrumentami muzycznymi i profesjonalnym sprzętem nagłaśniającym. Podpisane imieniem z tzw pierwszego znanego garnituru/zestawu.
Cóż… Kto by się spodziewał takiego… chowanego przez lata… No, czego?
CIĄG DALSZY NASTĄPI


