ESCHATO PARADYGMAT SKRYTOŚCI.
IMIĘ U LICA ZNACZY. 1993-96

KONARSKIEGO 66/6, JELONKI OS.PRZYJAŹŃ

Kiedy kryptoza nie chce zatykać ust to wybiera adres znaczącOznajmiający. Adres jak początek drogi N’kryptospirali. Długiej oranej drogi. Adres baraka 66/6. W dodatku na czymś co ma niedojrzałe rogi. Pysznie. Mieszkaliśmy w czterech studentów, bo kolega Jezusa uciekł od potencjalnych współspaczy z Afryki. Zza ściany. Tak. Na 12 metrach kwadratowych cztery stare, śmierdzące tapczany i na środku kwadratowy stolik. Jeden kwadratowy teatr był jeszcze ukryty. Kiedy wszystko nabierało sensu z czasem okazywało się, że mieszkam z kryptoplemiennikiem, kryptoseksualnikiem i właśnie kolegą Jezusa, słuchacza z Hiszpanii, z drugiej grupy, bez obowiązku czyli zgaduję, że z odbieranym kryptoudziałem.  Jezus z Hiszpanii prawdopodobnie był jedynym, który nie miał wtedy nic do ukrycia. I drewniani mormoni za każdym rogiem. Ale co wtedy nie było krypto? Fin de siècle, de millenium i de walka sił dobra ze złem. Kryptopaństwo, kryptosłużby, kryptointeresy, kryptoedukacja, kryptoukłady, kryptoplan… Czy do dzisiaj się coś zmieniło? Kryptospirala N’City stale się karmi i nakręca.

Baraki były obrzydliwe. Kolory zjełczałe, jakby nigdy nie poprawiane. Farba się łuszczyła i odpadała od ścian, które dodatkowo gdzieniegdzie odginały się starą dyktą. Drgające brudne świetlówki jak z horrorowego szpitala dla wariatów. Śmierdziało potem i nietrudno było wyobrazić sobie historycznych niewolników robotników sprzed pół wieku. Zapachy niewysublimowanej kuchni panoszyły się, mieszały i zostawały pod sufitem. Styl życia otwartych drzwi opowiadał historię zadomowionych od studiów dzietnych rodzin, nie dbających o spokój wypoczynku studentów. Wracało się do nich z konieczności. Na jakby-wieczny sen.

Na wiosnę kryptokolektyw różnych narodowości, ale zjednoczonych pod sztandarem koloru jednej skóry zorganizował między bungalowami, w średnio wysokiej trawie ogniska. W sumie nie było co się już kryć. Niemniej jednak. Z jakiegoś powodu jedna karnacja kryła się w mrokach nocy łatwiej. Jak zabawa to zabawa. W chowanego byłoby się głupio bawić, bo byłem jedynym z kilku przedstawicieli plemienia Czerwonych Policzków. Na drugim roku Hiszpan się już nie pojawił, ale pojawił się Jezus na moim nowym T-shircie. W cierniowej koronie między Poison Idea a Pick Your King. Na drugim miałem zielony Daily Leaf na druku gazety. Z kryptomafijnego Csopotu, i pierwszego sklepu z martensami. Między innymi właśnie przez te dwa Tshirty ciągle po cichu zaglądali mi w oczy. PólSkaN’owanie. Pacz bo co znajdziesz. W skrytości dupsko obracali. Ilość nieprzerobionych szczepionych kompleksów była przerażająca. Osoby najbardziej narażone, podobnie poszukujące można było na palcach jednej ręki policzyć. Bez ścisku. Przerażająco, przestrzeń abstrakcyjna niemalże pusta. Kiedy zasadniczość obsadowa, pedagogiczna i merytoryczna w zostaje w końcu podważona, na przód wychodzą teksty kolegów z dużo starszych lat pt: „Jeszcze się to nie rozpierdoliło?” czy „Mafia rządzi chujnię na scenie oporządzi.” Faktycznie nie było specjalnie na co patrzeć. Łomnicki nie żył. A do złomowania pola zepsute. Kryptomafie miksowały się i tworzyły technikaliat i bełkot. Zostawał mało popularny underground. To ta pierwsza decyzja, która determinuje poziom cukru. W Tę czy we w Tę?

Jeden nadęty gwiazdor tak ciężko ukrywał w pozie swoją drewnianość, że palce podświadomie układały się do noszenia przed sobą wyimaginowanego pudełka. Zgadywałem, że drewnianego. Wbrew świadomości – ukryta czarna skrzynka. Układ rozcapierzonych palców był nazywany „FBI”. Wszyscy oczywiście udawali, że tego nie widzą. A on popełniał najgorszą zbrodnię na ludzkiej kulturze, czyli faworyzował sobie podobnych. Z biegiem lat okazywało się, że kto bardziej drewniany tym bardziej pasował. Kazał po sobie powtarzać tony. Niekiedy popluwał. Trzeba było się odsunąć. Chór śpiewał głodne kawałki o przywileju wyglądu pomalowanego drewna. Próżno organicznie ręce wzniesione ku niebu… Ale jak mówił mały smok przed wejściem: – Drewno nie oddaje. Odda co innego. Z czasem sytuacja nabierała charakteru wyspiańskowości czyli: Ogromnego Wielowymiarowego Teatru Lizania. Wie kto drewno lizał. Co nie? Cukrownia Parzych. Skrytość nie wypracuje talentu, wypracuje aksamitny dźwięk pustego drewna. O komunikacji zapomnij. Jest burkanie, lizanie, powielanie, hałas, sztywne ręce, brzydkie oczy. Męczy samo oglądanie. Skutkowało jak można się domyślać. Ci co przyjmowali kryptokomunię, się zarażali. Nikogo wtedy nie obchodziło, że alCHemia wiarygodności zachodzi wyłącznie w określonych naturalnie warunkach. Stanowiska ukrytej, ale pachnącej przyszłości mamiły. Myśl zdaje się nie przychodziła, że od tego oglądania można zgłupieć. Zresztą… być może nic by to nie dało. Ślina ciekła, źrenice się rozszerzały, ciało drętwiało. Ci bez Ducha w innych Jego zabijali. 

Zresztą o śmierć w ogóle było nietrudno. Jeden Mor kazał krzyczeć na resztę ciała obserwującego tak, że ci co krzyczeli najgłośniej – oblewali. W dodatku sytuację ułatwiała zaczerniająca muzyka toczących się liż-kamieni. Kto nie kupował tych warunków wylatywał. Gra iluzji, nadziei i ambicji przytrzymywała pozostałych. 

Luty 2023

 

Jest godzina 0.00, nocy 29.09.2026. Dzisiaj miną dokładnie 33 lata jak spakowałem plecak i poszedłem spać wiedząc, że moje poprzednie życie się skończyło. Co bardziej niepowtarzalne: uczucie tamto, czy teraz kiedy po tych latach odzyskałem pełną pamięć tego co się wydarzało i będę próbował to opisać. Pamiętam jak wtedy ojciec parę godzin wcześniej poprosił mnie, żebym usiadł, bo ma mi coś ważnego do powiedzenia. „Synu, moja mama (babcia Wiktoria) mi to powiedziała jak wyjeżdżałem na studia z domu i ja ci to teraz mówię. Tu jest zawsze miejsce dla ciebie, zawsze możesz tu wrócić.” Pamiętam jak dziś. Nie było mi to specjalnie potrzebne. Chyba bardziej dla ojca.

Samotność po tym wszystkim co się wydarzyło nie jest bynajmniej przytłaczająca. Sam to przeżywałem. Sam z tym potem żyłem. Sam to opiszę. Należy docenić szansę i fakt, że doczekałem tej chwili. Jak rzeczywistość w międzyczasie pokazywała, fakty mówiły za siebie. Może byłoby łatwiej nazwać to i opowiedzieć komuś, choćby obcemu czy choćby nawet potencjalnie bliskiemu, przed napisaniem tego teraz, ale pewnie byłaby to wtedy zupełnie inna historia. Czyż nie.

Dostałem właśnie informację, że witryna mojej, już 3 lata wcześniej, zawieszonej firmy Day Film LTD w Zjednoczonym Królestwie wygasła. Well… T’was LIMITED time, so… the time it IS… naw.

Pierwszy rok to zawsze rok ostrożnego, ale nie zachowawczego angażu/obserwacji. Pierwszy komentarz a propos kondycji i struktury władzy/kompetencji składu pedagogicznego w szkole pojawił się na samym początku od kolegi z roku – 6 lat wyżej – obecnej dziekan WA (Wydział Aktorski) Aleksandry Górskiej i przyszłego rektora Jana Englerta: „W szkole rządzi mafia. (…) Że też to się jeszcze nie rozpierdoliło. Ale pewnie wkrótce…” Zresztą specyfikacją tych studiów jest między innymi dosyć szybka, jeśli nie natychmiastowa wymiana pewnych informacji. Pewnych informacji za to w ogóle nie. Nic pośredniego. Albo na wierzchu albo ukryte. Mówi się, że wszyscy na wydziale, znają się jak łyse konie. Zgaduję, że również/albo WCALE. Rok – 23 osoby, jak wszystkie lata WA, podzielony na dwie liczebnie prawie równe grupy. Do drugiej, nietypowo, jak się okaże w przeszłej i przyszłej skali zachowań i stosunków międzynarodowych, dołącza tzw wolny słuchacz z Hiszpanii, Jezus. 

Dużo przedmiotów praktycznych, teoretyczne też są, różni do grup profesorowie, po semestrze zmiana. Nikogo na moim roku znanego, albo kogoś kto by zrobił widoczną czy uznaną karierę poza Olgierdem Łukaszewiczem, tzw Olo-pipą, drugim aktorem słynnej komedii „Seksmisja”, ukrytego pod ziemią, post-nuklearnego świata kobiet z dwoma odhibernowanymi samcami i niespodzianką. Organizatorem Ola i opiekunem roku jest Piotr Cieślak, dyrektor Teatru Dramatycznego (siedziby musicalu Metro), mierny reżyser i słaby aktor, w sumie mówią, że jednej roli, podawacza cegły w „Człowieku z marmuru” zrobionego przez jeszcze nie odkrytego/uświadomionego większości agitatora / kontrolowanego opozycjonisty, ulubieńca byłej beton-władzy rezysera Andrzeja Wajdy, ulubieńca warszawskich i krakowskich 'salonów’, założyciela wielu antypolskich „ścieków”, w tym ultra plemiennej / krypto-syjonistycznej, kłamliwej do szpiku kości Gazety Wyborczej z Czerskiej rządzonej przez Adama Michnika. Drugim jest Jarosław Gajewski, jak się okaże, techno-aktor, techniczny/bezduszny w każdej „wyćwiczonej/trenowanej” roli. Z nimi to najważniejsze zajęcia – główne aktorskie. O Cieślaku, jego asystentka (była jego studentka) wkrótce powie, że to dobrze, że on – dlatego, że zostawia rok samemu sobie, dzięki czemu, adepci są zmuszeni szybciej radzić sobie sami i organizować pracę. I tak się rzeczywiście późnej działo. Gajewski, chłodny teoretyk, złośliwy i zjadliwy podczas zajęć. Reszta bez zupełnie żadnych rewelacji poza oryginalnym profesorem piosenki Janem Skotnickim, życzliwym nauczycielem szermierki Tomaszem Grochoczyńskim i ukrytym na koniec pierwszego roku niegodziwym lizusem Cezarym Morawskim.

Wkrótce powoli wychodzą pewne wzory, zarówno w opowieściach i sposobie traktowania studentów. 

Pierwsza ciekawa informacja, którą Cieślak 'wywołuje’ w jakimś sensie czekając na potwierdzenie, co w normalnych 'układach’ byłoby kompletnie absurdalne jest „Chaplin lubił nastoletnie dziewczyny.” No i co to implikuje, w tych nowo 'akceptowalnych’ warunkach asymilacji cudzych emocji w celu odtwarzania vs. przeżywania ich na scenie. Później sympatyczny Staszek Górka, nauczyciel impostacji-emisji głosu, odsłania welon patrona szkoły: „Zelwerowicz lubił brudne kobiety i był piromanem. Zawsze po przedstawieniu kazał się wieźć tam GDZIE SIĘ PALIŁO.” A późnej to już po kolei, każdy miał coś do powiedzenia np „Józefowicz w tej swojej grupie to nie przepuścił żadnej”, „Tak jak Łapicki profesorkom w szkole”, „Szczuka (nauczycielka od 'Form i Styli) miała diabła pod spódnicą”, „Frycz zostawił żonę z szóstką dzieci i związał się z producentem TV” i cała litania homoseksualistów, którzy nie radzą sobie – najwidoczniej – z graniem męskich warunków.

Weryfikowalność czy po prostu wiarygodność tego, w jakiejś mierze potwierdzał drugi biegun 'sprzedawania’ nieoczywistych informacji, mianowicie inteligentnie fragmentaryczne/strzępy opowieści o sobie, niezrealizowanych karierach, straconych szansach, pewnym – nie-wprost – realizowaniu przez tę nieoczywistą, bez koniecznego w tym przypadku żalu – 'spowiedź’ swoich psycho-kompleksów itd. Z ciekawszych/mniej banalnych historii Cieślak np opowiadał jak wyjechali z Andrzejem Sewerynem i żoną Jadzią Jankowską-Cieślak w małej grupie do, nomen omen, Puław (małej mieściny z niczym specjalnie szczególnym niedaleko Lublina) robić inny niż 'akceptowalny’ teatr. Ale jak „każdy bunt musi zmierzyć się’ z… mocą rzeczywistości lub… pieniędzy, zgaduję.

Niektórzy jednak zachowywali twarz, traktując studentów jako dorosłych ludzi, dając im życiowe wskazówki, bez znaczenia w którym momencie przyjdzie im je uświadomić sobie. Grochoczyński, od moich ulubionych walk scenicznych, wysoki, sprawiający wrażenie rzetelnego, surowy facet ze szlacheckim, długim wąsem, kryjący żałobę po umierającej żonie, powiedział raz niezły quasi-Jungowski tekst:”Aktor zaczyna widzieć i słyszeć siebie jak skończy 30 lat”. Coś w tym było. Skotnicki, od piosenki, mały o specyficznej, jak się przymrużyło oczy – jakby śmiercio-podobnej twarzy, ze swoim ulubionym powiedzonkiem „Dupa, sałata, ksiądz, patyk” często powtarzał: „Aktor nie choruje. Aktor umiera.” Nie do końca jestem przekonany czy te 'uświęcone’ „zasady’ przetrwały do dzisiaj, biorąc pod uwagę poziom degradacji tego co przez lata na różnych krzesłach, w różnych konfiguracjach oglądałem. Może na Wschodzie.

Charakterystycznym dla tego czasu i środowiska był co chwilę powtarzający się wzór oddania hołdu Tadeuszowi Łomnickiemu, rzekomo najwybitniejszemu polskiemu aktorowi, odrzuconego przez właśnie ten 'specyficzny’ establiszment teatralny. Szerszej publiczności był znany głównie z kina moralnego niepokoju i serialu Pan Wołodyjowski. Jednakże te role, wydaje się, nie kwalifikowały go by najmniej do tego miana, a raczej to co karkoŁOMnie prezentował na scenie teatralnej, także teatru TV. Hołdom niejako na usprawiedliwienie tego odrzucenia właśnie/jego osoby towarzyszyły opowieści o jego kabotyństwie, jego pewności do bycia najlepszym, jak np najczęściej: „Przed przedstawieniem Łom podchodził do kurtyny i oglądał sadowiącą się publiczność mrucząc pod nosem 'jak ja wam zazdroszczę, skurwysyny, że będziecie mnie dzisiaj oglądać'”. Kulminacją odrzucenia jego był Król Lear Szekspira, której to sceny na zagranie jego nie mógł w N’City znaleźć. Znalazł w Poznaniu w Teatrze Nowym, gdzie przed premierą, wypowiadając na próbie „Więc jakież życie świta przede mną. Dalej! Łapmy je, pędźmy za nim! Biegiem, biegiem!”  wypadł za kulisy, upadł i zmarł na atak serca 22.02.1992. 

Przedziwnie, znowu się okazuje, bo byłem świadom jego ostatniej walki, gdyż będąc w maturalnej klasie podjąłem decyzję zrezygnowania ze swojej studniówki na rzecz zagrania na tej właśnie scenie rok po jego śmierci. Było to przedstawienie ruchowe Epifanie z teatrem amatorskim Klaps z okazji Festiwalu/Forum Teatrów Amatorskich. Kupiłem potem plakat przedstawienia Króla Leara z trzema głowami Łomnickiego, który powiesiłem koło plakatu Metra. W zastępstwie za mnie, że tak powiem, był na mojej studniówce mój ojciec, jako ochrona rodzicielska, którego to moi wszyscy znajomi wspominali jako bardzo sympatycznego. Przedziwna historia. Mojego ojca wspominała również dyrektorka liceum Złocka, która jakiś czas później, okazało się, zdefraudowała pieniądza, za co została ukarana. Moja jedna plemienna znajoma 22 lata temu silnie sugerowała jej ukrytą plemienność.

Podczas słuchania tych historii o Łomnickim przypomniała mi się historia ze zdawania egzaminów do szkoły. Nie pamiętam czy to było na pierwszym (z trzech) etapów czy na drugim. Zaczepił mnie jeden facet w szkole po egzaminach, którego szybko rozpoznałem, a którego twarz reżysera mogłaby być najbardziej rozpoznawana przez dzieci z mojego pokolenia. Był to Krzysztof Gradowski, reżyser niezmiernie popularnej serii filmów „Akademia Pana Kleksa” z wszechstronnym Piotrem Fronczewskim w roli tytułowej. Za mojego dzieciństwa był to najbardziej eksploatowany temat w programach dziecięcych typu „Teleranek”. Gradowski powiedział, że kręci film dokumentalny o Łomnickim i potrzebuje pogadać z aspirantami. Ale czemu ze mną? Pojechaliśmy w jakieś wygodne eleganckie miejsce i podczas wywiadu suma sumarum ciągle podjeżdżał mnie żebym powiedział monolog Hamleta. Ja nie włączyłem tekstu Hamleta do spisu na egzamin. Zastanawiałem się wtedy, pamiętam, skąd akurat taka natarczywa prośba w tym nieoczywistym, bądź co bądź, temacie. Nie przyjmował odmowy, a ja starałem się być kulturalnie na nie. Później jak oglądałem ten dokument, to faktycznie Łomnicki był nie do pobicia, zwłaszcza w ramach pewnej ukrytej gry/słów. Np był taki najazd kamery w tym filmie na niego, gdzie opowiadał coś i wszedł na temat Johna Gieleguda, ikony brytyjskiego aktorstwa, zwłaszcza w telewizyjnych – z innymi aktorami – wywiadach. Jak się dobrze skoncentrowałeś/wsłuchałeś na usta jego to mogłeś zobaczyć/usłyszeć koniec frazy: „…Star chuj. Pedał”. Heh. Gradowski oczywiście zapamiętał mnie i mając (tlenione) białe włosy zagrałem jakiś czas później w jego teatrze TV pt 'Wakacje z kosmitą”. Na wiele lat po śmierci Łomnickiego chronologiczny algorytm jego ról wyestabliszował i ustawił poprzeczkę do zagrania tym, którym się wydawało, że mogą rywalizować z nim. Nie sądzę żeby się komuś to udało do tej pory. Ciekawi mnie natomiast ilu z tych co próbowało, (u)sadowiło się w tym samym establiszmencie co go odrzucił.

Cieślak szybko wymyślił taki kontest, tzw „Sceny Marzeń”, żeby każdy sam siebie wyreżyserował. Z braku pomysłu wziąłem pierwszy lepszy tekst o jednym rzymskim cesarzu i właśnie trochę na wzór Łomnickiego kabotyństwa, zrobiłem scenę jak sie przegląda w niewidzialnych lustrach. Dosyć pretensjonalne, ale cóż, nic lepszego nie przyszło mi do głowy, a już na pewno nie Hamlet, którego być może Cieślak również oczekiwał.

Na seminarium z historii teatru polskiego z Barbarą Lasocką tzw Laską, której wieku nikt nie znał i nie podejrzewał, skoro podobno uczyła starego tego i tamtego, wybrałem Studium o Hamlecie Stanisława Wyspiańskiego, tzw biblię polskiego teatru. Tekst wielbiony, niezrozumiały, bez kompletnie jednoznacznej interpretacji. Czytałem go wielokrotnie i często sam nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Wiem co Wyspiański czuł to pisząc i wiem czego nie potrafił, albo nie wiedział lub bał się jak to jednoznacznie nazwać. Więc nazywał to w tzw litaniach, lub innymi słowy w tzw strumieniu świadomości. Można w sumie interpretować to jako pewną łatwiznę – taki leniwy zabieg, bez męskiej decyzji strukturalizowania recepty na problem. Zajęło mi trzy seminaria opowiadanie o tym tekście i tak zresztą niewyczerpująco, ale za to przynajmniej nie musiałem na serio przygotowywać się zbiorczego końcowego egzaminu, bo Laska była zachwycona i się trochę zaprzyjaźniliśmy, można powiedzieć. Od tamtej pory wybaczała mi czytanie książek na swoich wykładach.

Generalnie rzecz biorąc wszyscy – co mniej interesujący w szkole – banalnie bali się Szekspira, a jeżeli już to najczęściej zrównywali go z dell arte i wielbili dramat rosyjski, którego emocje były bardziej bliskie czy przewidujące, łatwiejsze do rozgryzienia – przekazania, w tej naszej wspólnej mentalności słowiańskiej. Lub być może w tej naszej wspólnej wymówce na ten typ ucieczki / ukrycia się przed samym sobą. 

 

FUKSÓWKA ROKU '0′, PONIEWAŻ FUKSEM SIĘ DOSTAŁEŚ, CZYLI TZW OTRZĘSINY ALBO WOJSKOWA FALA. TRWAJĄCA OK 6 TYGODNI. NA GÓRZE SPOTKANIE ROKU Z STARSZYMI LATAMI, OBOK MAGDA STUŻYŃSKA, EWA GORZELAK. COTYGODNIOWY OBOWIĄZKOWY KABARET W SZKOLNYM BUFECIE – PARODIA METRA: JA JAKO JAN, KASIA KWIATKOWSKA JAKO KASIA. NA DOLE PRÓBA – FINALNE PRZEDSTAWIENIE FUKSÓWKOWE: SZPITAL WARIATÓW – FUKSWALD. JA JAKO ORDYNATOR, EDYTA ŁUKASZEWSKA JAKO PIELĘGNIARKA. POMPKI NA JEDNEJ RĘCE – PARODIA RYSZARDA III – GRANEGO PRZEZ  PRZYSZŁEGO REKTORA SZKOŁY – Z TEATRU POLSKIEGO. 'CHRZEST’ SZAMPANEM.

 

Na koniec roku Łukaszewicz trochę odleciał z pogrzebowymi emocjami u Tołstoja „Za co”. Za to Gajewski napinał się na ekstremalne emocje z Wampiłowa „Polowanie na kaczki”. A Morawski na tzw zajęcia zbiorowe przyniósł tekst z ciekawie zapowiadającym się pomysłem czyli „Publiczność zwymyślana” Petera Handke, co by rozdane fragmenty, każdy przetłumaczył na inne języki. My mieszkaliśmy w barakach po budowniczych Pałacu Kultury i Sztuki Józefa Stalina na tzw osiedlu Przyjaźń na Jelonkach, gdzie zawsze oddelegowywano tzw kolorową studenterię. Czyli innymi słowy wszyscy czarni i brązowi z Afryki i Azji tam z nami mieszkali o dostępie do mało znanych/oczywistych języków. Generalnie rzecz biorąc było to pod względem legend o tych co umierali podczas pracy nad Pałacem, jakości budownictwa, wyposażenia, i zapachu w środku, odległości od centrum – najgorsze miejsce w N’City. Najlepsze za to na wiosnę podczas imprez z właśnie kolorową młodzieżą, którą… trudno było dostrzec po zmroku. Kolorowe ogniska na wzór śpiewanych „kolorowych jarmarków”. Większość białych nie podzielała tej… asymilacji, cóż… ich strata. Egzamin, jak sam tekst i pomysł sugerował, skierowany do oglądających profesorów, którzy 'zasłużyli’ przez cały rok, żeby go usłyszeć, w niezrozumiałych, z pewnością dla większości, jeśli nie wszystkich – językach – wywołał skandal w szkole. Obniżono oceny i ci co najgłośniej/najlepiej/ najbardziej wiarygodnie wyzywali publiczność dostali najgorsze oceny. Czyli najbardziej ja. No i co to za odpowiedzialność pedagogiczna. Taka to ukryta Wieża Babel. W dupie. Na tym Morawskim później to się poznawali tu i tam. W związku artystów ZASP był skarbniczo blisko afery/defraudacji pieniędzy, a we Wrocławiu to w ogóle były zbiorowe akcje artystów, żeby go wywalić z dyrektorskiego stołka. Taki to 'żołnierz’ rzeczonej na wstępie 'mafii’ był.

Po egzaminach i radzie pedagogicznej wydziału, sześć osób z wolnym słuchaczem Jezusem z Hiszpanii opuściło rok na zawsze. Podobno mieli wywalić połowę. Nikt zresztą którzy 'warunkowo’ zostali, nie uprawia stricte tego zawodu. Tak to pedagodzy tłumaczyli trudność w egzaminie na studia i w odczytaniu delikwenta różnicy między unerwieniem a nerwowością. Bo jak można się domyślać, „ta druga talentowi nie służy.” Jedna wywalona dziewczyna zrobiła zresztą większą karierę niż większość kończących szkołę studentów. O IRONIO. Przestraszyli się jej odkrytej/na talerzu wrażliwości. Lubiliśmy się z Magdą. Miała piękny uśmiech, najlepszy – jak mówili specjaliści -zgryz. i przerażającą twarz jak się denerwowała. Dzięki niej zresztą pierwszy raz w N’City pracowałem w zawodzie, by tak rzec, robiąc profesjonalny dubbing pod zagraniczny film. Na omówieniu roku dowiedziałem się, że powinienem mierzyć się z bardziej szlachetnymi rolami, bo mam łatwość w graniu tzw skurwysynów – czyli innymi słowy, jak wchodzę na scenę od razu wiadomo, że coś ukrywam i że muszę na to uważać. Plus dlaczego mnie tak bardzo irytują starsze profesorki od mniej istotnych przedmiotów, które traktują studentów jak niedorozwinięte dzieci śmiertelnie poważnie. No właśnie. Taki to był 'początkowy’ poziom szkolnictwa.

Tuż po zakończeniu roku i trwającej wiele dni niekończących się wyzwań ekstrawagancji odreagowywania całokształtu pedagogicznego upokorzenia, i radości post-factum, znalazłem się z koleżanką z roku wyżej Mileną Lisiecką i kolegą z wydziału reżyserii Piotrkiem Kruszczyńskim w mieszkaniu Darii Trafankowskiej, sympatycznej znanej skądinąd aktorki, która bez mała całą noc opowiadała o Romanie Wilhelmim i jego męczących relacjach z tzw środowiskiem. Romana wielbiła cała – bez mała, jak się okazuje – Polska, za brawurową rolę Stanisława Anioła, gospodarza domu w serialu mistrza kreślenia PRL-owskich absurdów Stanisława Barei – Alternatywy 4. Trudno byłoby znaleźć coś podobnego do tego wyczynu, w polskiej skali. Środowisku rzekomo nie podobała się jego aptekarska dokładność w zadawaniu pytań o rolę i budowaniu jej doskonałości do tego stopnia, że degradowało go rozprzestrzenianiem anty-mito-manii, jakoby Wilhelmi pisał na scenariuszu tylko dwie uwagi na zmianę: „Przypierdolić” i „Odpuścić” co według Darii było oczywistą/totalną nieprawdą. Ale za co tak się jednoczyć w stylu Goebbelsa. Tyle informacji przez ten jeden fakt o tym właśnie… bagnie. No i co to za KLUCZ do tego… SYF

 

Być może powinienem był to zaznaczyć na wstępie, być może nie, ale… najbardziej hm… wstrząsającą lekcją aktorstwa/myślenia o aktorstwie / scenie / teatrze itd był ekskluzywny jednorazowy wykład gdzieś na początku roku, najwybitniejszego, zdaje się, mistrza pantomimy Marcela Marceau. Ten niewysoki mężczyzna o – o dziwo – ukrytej w występach – ultra bujnej czuprynie siwych loków – wszedł na podwyższenie w auli, stanął na końcu pod ścianą niejako na baczność, powiedział coś w stylu: „Scena jest tak obnażająca / widoczna.” i stojąc dalej nieruchomo wysunął (w kącie prostym) jeden/wskazujący palec w poprzek. Jak piorun z jasnego nieba. Tak NIC nie da się UKRYĆ na scenie.

Później poszedłem na jego, inny niż wszystko co oglądałem do tej pory, występ w Teatrze Dramatycznym i zobaczyłem 'niemożliwą’ jakby się mogło wydawać transformację 70-letniego mężczyzny w – o pół wieku -młodszego. Tak, tak. Po przedstawieniu zapukałem bezczelnie do jego garderoby. Nikt inny, o dziwo, tego nie zrobił, jak się okazało, więc mieliśmy okazję chwilę porozmawiać.

Dzisiaj już zanika takie podejście do sztuki, która – jak stawia poważne ograniczenia / wyzwania – to rozwija NAD~WYRAZ i poprzez to możesz – z jakimś brakiem trudności zobaczyć, zrozumieć coś innego, czego w 'normalnych’ warunkach, najprawdopodobniej, byś nie mógł. (Pojęcie CYRKU przeniosło się w inną SFERĘ, na przykład).

Lub innymi słowy… ile śmiechu wywołał i bólu zaoszczędził np. Buster Keaton. (NIE) do pomyślenia DZISIAJ.

Przez cały rok oglądania propozycji teatralnych N’City i gościnnych, tudzież poznawanie tych rzekomo sławnych artystów, nie wzbudziło takiego mojego zainteresowania jak spotykanie od czasu do czasu na spacerze z psami w Parku Krasińskich za Biblioteką niedaleko szkoły, chyba największej w ogóle kobiecej gwiazdy polskiego kina, nieprofesjonalnej bo tylko foto/modelki, ale nie miało to żadnego znaczenia.  Systematycznie usuwana, o zgrozo, ale i zapomniana-niesłusznie. Magnetyzująca, o niebywale dźwięcznym i czarującym głosie, uśmiechu, w ogóle całości emanacji kobiecej i chyba najważniejsze – jakiejś klasy i tajemnicy – ukryty Marlon w spódnicy; bo jak się okazało mieszkała w okolicy – Pola Raksa. „Czuję się jakbym grała w filmie, którego scenariusza nikt mi nie dał do przeczytania, ale w którym każdy mój ruch jest oceniany”. Bo jak śpiewał Grzegorz Markowski z Perfect w najdłużej na pierwszym miejscu Trójkowej Listy Przebojów – Autobiografii: „Za jej Poli Raksy twarz, każdy by się zabić dał”. 

Ale zanim… Po całym roku przyglądania się i… dziwieniu się nieoczywistym zachowaniom/reakcjom nabiera się przekonania, że rok mimo, że rok lub dwa różnicy… to rok rokowi nierówny. I nie chodzi oczywiście o różnicę w doświadczeniu. Wywiad środowiskowy szkoły teatralnej wskazywal na pewien rodzaj rozdania ról i rozgrywania między rokami typu: „Mój rok jest lepsiejszy bo opiekun jest lepsiej – gdzieś tam – ustawiony i szybciej pomoże lub wręcz bezpośrednio obsadzi / da – spełnienie (bezpieczeństwa (finansowego)) marzeń – czyli etat w teatrze, rolę w teatrze TV czy nawet – mało prawdopodobne, ale czemu nie – w filmie. I oczywiście jakość egzaminów, rodzaj dosyć oczywistej analizy / oceny utalentowania – pewnych predyspozycji, łatwości itd itd itd – delikwentów – jak się powoli okazywało – nie miał tu nic do gadania. No, ale na litość boską, żeby nie męczyć widza niepotrzebnie, co mogło mieć…??? No właśnie, czym być lub nie być – OTO BYŁO PYTANIE.

W gruncie rzeczy największy walor roli leżał na połączeniu kilku rzeczy naraz czyli: znalezieniu najlepszej z możliwych, najwierniejszej, najbardziej interesującej, dającej jak najwięcej możliwości / gęstości / atrakcyjności itd I! najlepiej! – nie-wprost! – INTENCJI POSTACI – czyli po jaką cholerę ja na tę scenę wchodzę i co – (PO)PRZEZ CO – tak naprawdę mam na niej załatwić. I, oczywiście, im bardzie ukryte, skomplikowane ale bez przesady i znowu itd itd itd – TYM LEPIEJ. Drugą połową sukcesu było(BY) umiejętne / czarujące / bez trudności, napinana żył itd – żeby widz się z tym fizycznie nie męczył  – jednym słowem  – WIARYGODNE – udowodnienie SOBĄ NA SCENIE tej właśnie znalezionej/UKRYTEJ i sukcesywnie/dramaturgicznie/dramatycznie – ODKRYWANEJ PersonaTezy – INTENCJI. Lub w IN/RE~wersji metody Stanisławskiego: ZADANIE -> DZIAŁANIE -> KONFLIKT. Żeby oczarowany widz gryzł zęby i się zastanawiał WHAT’S THE FUCK. I po jakimś ciekawie skonstruowanym procesie powiedział „Aaaaa, no taaaak. Jaaasnee”. I – o ile to możliwe – zobaczył w tym jakieś części składowe lub może i całość – SIEBIE – czyli jednym Szekspirowskim słowem – ZOBACZYŁ W LUSTRZE SWOJĄ NATURĘ. No bo bez tego, jakim to zafajdanym CUDEM miałoby go to prawdziwie obejść.

10 Października 2026

 

JEST TAKIE UTARTE I W WIELU SENSACH BANALNE I TRAKTOWANE BANALNIE, JAKOŚ TAM FILOZOFICZNE STWIERDZENIE DO KTÓREGO~KTÓREJ TO – SZEROKO POJMOWANEJ FILOZOFII – ŻEBY JĄ/GO ZROZUMIEĆ – JESTEŚ PRZYZWYCZAJANY. MIANOWICIE: „WSZYSTKO MA ZNACZENIE (I W ZWIĄZKU Z TYM) NIC NIE MA ZNACZENIA”. PO WIELU LATACH PRZYGLĄDANIA SIĘ, ZBIERANIA CIĘGÓW I INFORMACJI, ODTWARZANIA (VS/I) PRZEŻYWANIA, ANALIZOWANIA INNYCH / OBCYCH (VS/I) BLISKICH / SYTUACJI / RELACJI / SIEBIE ITD ITD ITD… JESTEM 101% PRZEKONANY ŻE TO NIEPRAWDA!!!. BYĆ MOŻE PRAWDA W (SZTUCZNIE) OGRANICZONYM – (NA (JAKIEŚ) POTRZEBY WYBRANYM) PAKIECIE WIELOPŁASZCZYZNOWOŚCI… ALE Z PEWNOŚCIĄ NIEPRAWDA W… RÓWNOWAŻENIU TYCH DWÓCH CZŁONÓW. LUB, INNYMI SŁOWY – ONE (TE DWA SFORMUŁOWANIA) W TYM SAMYM SKŁADZIE / W TYM SAMYM ZDANIU / W TYM SAMYM NIEOGRANICZONYM SKŁADZIE WYMIARÓW – – – SIĘ!!!NIE!!!RÓWNO!!!WAŻĄ!!!

10.10, 10.10.2026

 

 

ROZŁOGI 2. TŁUMACZA NIETZSCHE

Skolioza ta kryptoza. Nie tylko w małych, hermetycznych społecznościach czy zawodach jest to sytuacja bez wyjścia. Przyzwyczajanie i zmuszanie do pewnego teatru. Teatru kreowania, rozgrywania i uznawania wymyślonych faktów. Musisz się jakoś ustosunkować. Najczęściej jest to niestety obojętność lub afirmacja. Afirmacja daje profit lepszym stanowiskiem, lepszą rolą. Obojętność jest wtedy wystawiona na poważną próbę. Wielu podpisuje ten ezoteryczny cyrograf i zaczyna produkować lolipopsy, cukrowe konfetti i serpentyny. Pauza? Liżemy i machamy rzęsami.

Dwa miesiące kolejnego roku w czworakach zmusiły do szukania innego lokum. Nieco dalej ale cały pokój dla siebie. Właściwie mieszkanie, bo kryptoplemiennik i kryptoseksualnik zdaje się niezdecydowany w jednej osobie, rzadko się pojawiał. Za to szeregi tysięcy mrówek faraonek. Głównie w kuchni, no bo gdzie za boazeria mógł się znajdować ukryty cukier. Po jakimś czasie nawet zamieszkała ze mną kobieta. Zajęcia, ćwiczenia i próby często trwają do późna w nocy. Więc, żeby dojechać do mieszkania najpierw nocnym na Rozjezdnię przesiadka i pół H przez N’city. Wtedy to przyuważyłem kolesia skórę zdjętego z Daniela Day-Lewisa. Nie dał rady ukryć podobieństwa. Więc po jakimś czasie okazało się, że inni też go kojarzyli. Taka tam kryptozabawa w nocnych: trafi ci się czy nie? Zakładów nie stawialiśmy. Mój Kryptoś okazał się być chętnym kierownikiem, ale jak miał okazję zostawić swoją wspólnotę pod możliwością upgradu swojego statusu. Chyc i już. Nawet wytłumaczenia czy rozwiązania złożonych obietnic i innych dyrdymałów. Pojechał tam gdzie mógł poczuć się swobodniejszy w obydwu kwestiach naraz. 

 Marzec 2023

Przez cały pierwszy rok Skotnicki robił grupową piosenkę z całym rokiem. Przez pierwszy semestr byli to „Krakowiacy i górale” libretta Wojciecha Bogusławskiego, a przez drugi – przegląd najważniejszych polskich pieśni, od Bogarodzicy poprzez religijne, dworskie, operowe, patriotyczne z różnych okresów itd. Niekoniecznie ciekawe pod względem aktorskim wyzwanie, no bo to jednak trochę jak przeszkadzanie w chórze, ale pod względem pamięci historycznej. Ciekawy bardzo wybór, jak ciekawa 1000-letnia historia Królestwa Polskiego. Boże Igrzysko jak pisał Norman Davies, zdaje się najlepsza zbiorcza historia Polski napisana przez nie Polaka. Skotnicki nie wszystkich zauważał indywidualnie, raczej bardziej jako rodzaj masy, w której najgorszy element musi się zestroić z resztą, bo to „najsłabszy element świadczy o jakości całości.” Nie mniej jednak okazało się, że Skotnicki jednak uprawiał pewien rodzaj personalnej, czy indywidualnej ukrytej prowokacji ze mną, by tak rzec. Jak już zaczął się odzywać jakby…pseudo-personalnie, mówił do mnie: „Panie Papis to…, Panie Papis tamto…” Zawsze „Panie Papis”. A ja, zawsze do niego „Taak, taak, ale ja nazywam się Dzienis”. W pewnym momencie, zacząłem się dopytywać starszych kolegów, czy Skotnicki może mieć jakieś pretensje do mnie ukryte. Ktoś kto był podczas egzaminów do szkoły, powiedział mi, że to niemożliwe, bo Skotnicki wystawił mi najwyższą ocenę za piosenkę w ogóle na egzaminach wstępnych mojego roku. Ktoś inny powiedział, że widział jak Skotnicki się wzruszył i „łza mu pociekła”. No i zrobiło się znowu ciekawie nie-wprost. Hm. Dlaczego? Co ja tam śpiewałem, i co co chodzi z tym Papisem.

W drugiej klasie liceum, prowadząca teatr amatorski Klaps przy MDK na Warszawskiej, Antonina Sokołowska namówiła mnie, żebym wybrał kilka francuskich wierszy i napisał do nich muzykę na jakiś Przegląd Piosenki Francuskiej i znowu, nomen omen, w Puławach. No i ja to popełniłem na akompaniament własny – gitarowy, ale bez sukcesu. No i tak to nie musiałem daleko szukać piosenki na egzamin.

 

Ptak – Jacques Prevert

Dwa i dwa to cztery,
trzy i trzy to sześć,
powtarzajcie: sześć,
mówi nauczyciel.
Dwa i dwa to cztery,
trzy i trzy to sześć,
teraz wstawcie znak,
mówi nauczyciel.
Ale właśnie ptak
przelatuje niebem.
Dziecko widzi lot,
dziecko słyszy trel,
dziecko woła: „Ach,
zbaw mnie ptaku, zbaw,
od liczby i znaku,
baw się ze mną, baw, ptaku!”

Więc ptak nadlatuje
i z dzieckiem się bawi.
Dwa i dwa to cztery,
nauczyciel prawi,
ale ptak już jest
i z dzieckiem się bawi.
Dwa i dwa to cztery,
trzy i trzy to sześć,
sześć a sześć… A właśnie,
sześć i sześć to błąd,
sześć i sześć to wszystko,
tylko nie dwanaście,
więc odchodzą stąd.
Dziecko gładzi ptaka
po lśniącym atłasie,
a już dzieci w klasie
słyszą śpiew w pulpicie,
wszystkie dzieci w klasie
słyszą śpiew… Słyszycie?

A tu dwa i dwa
bieleją jak mgła,
a tu trzy i trzy
pierzchają jak sny,
a jeden i jeden
nie łączą się w pary
lecz jeden za drugim
znikają jak czary.
A ptak wiedzie prym,
a dzieci są z nim,
a profesor grzmi w hałasie:
„Zapłaczecie po niewczasie!”
Lecz już wszystkie dzieci w klasie
zasłuchane są pogodnie
w tamten świat, zaczarowany,
i powoli szkolne ściany
rozpadają się łagodnie.

Szyby znów się stają piaskiem,
ławki znów się stają drzewem,
kreda znów jest skalną górą,
gąbka znów jest złotym znakiem
na tle sinych mórz – a pióro
znów jest piórkiem, skrzydłem, ptakiem!…

tłum. Stanisław Baliński

 

Zacząłem się dowiadywać kim jest ten rzeczony Papis. Okazało się, że Maja Komorowska, opiekunka ostatniego roku (który właśnie odszedł) miała dwóch asystentów. Jednym z nich był Jacek Papis. Maja była aktorką filmową Krzysztofa Zanussiego, miłośnika blond chłopców, ale zanim nią została, była w teatrze Jerzego Grotowskiego, najogólniej rzecz biorąc, najbardziej znanego za granicą polskiego reżysera teatralnego i największego polskiego rewolucjonisty teatralnego, o którym krążyły legendy. Guru wielu światowych reżyserów. Mówili na przykład, że wybór jego metody był obok Konstantego Stanisławskiego, Michaela Czechowa, Bertolda Brechta częścią metody nauczania Actor’s Studio Lee Strasberga w NYC. Na przykład, między 'wtajemniczonymi’, heh, była znana słynna „ściana płaczu’ Grotowskiego, gdzie bez fizycznego dotyku aktor rzekomo potrafił 'dojść’ do ejakulacji; czego podobno obligatoryjnie guru wymagał. Ryszard Cieślak, główny aktor Grotowskiego, rzekomo potrafił leżąc na brzuchu na podłodze, bez specjalnego napinania mięśni, skoczyć nagle jak żaba parę metrów do przodu. Grotowski eksperymentował m.in z energią i dlatego mówili, że Komorowskiej to zostało na zawsze, bo „jak odjechała kompletnie” to potrafiła przez ’24H’ robić jedną próbę. Jej studenci nazywali ją „niekontrolowaną schizofreniczką”. Miała specyficzny polipo-odnośny sposób mówienia/wydechu, i każda (nie tylko jej) studentka z łatwością potrafiła ją 'podrobić’; podobnie jak ja. Nawiasem mówiąc podrabianie/parodiowanie innych było w tym środowisku jak palcówka fortepianowa w szkole muzycznej, albo salta na AWF czy podbijanie piłki wszystkimi częściami ciała na treningu. Żeby nie wyjść z wprawy. Osobie z zewnątrz mogłoby się wydawać, że jest w… nieustannie rozładowywanym szpitalu wariatów. Papis i jego kolega Łukasz Kos nie byli reżyserami i wyglądali jak bracia: zapadnięte policzki, podkrążone oczy, kilkudniowy ciemny zarost, generalnie ciemna oprawa. Jednoznaczne skojarzenie z tego typu urodą w tym środowisku. Jak tak sięgam pamięcią to najprawdopodobniej najlepszą, jeśli nie jedyną jakby celną uwagą opiekuna Cieślaka było: „jeżeli wam się coś nie podoba – oglądane przedstawienie, rola itd itd, to nie mówcie, ze wam się nie podoba, tylko… że nie jesteście wrażliwi na te aktorstwo”. No nie wiem, biorąc pod uwagę zbiorowe niezrozumiałe zachwyty „z” i „bez” schylania się, czy ta kurtuazja i jej mutacje doprowadziły do czegoś rozsądnego w dzisiejszych czasach. Dobry był dobry, zły był zły, słaby był słaby a mocny – mocny. I dlatego te rozróżnienie było istotne bo miałeś czas się dowiedzieć i coś przećwiczyć – jeśli był talent oczywiście, a nie nauczyć się hipokryzji. Bo jak nie było talentu, to wszyscy dookoła – jeśli się nie zepsuli po drodze – prędzej czy później – mieli z tym problem i zdaje się – jakoś cierpieli – czy w inny sposób życie – swoje i innych – marnowali. Ja byłem kompletnie niewrażliwy na te kurtuazje jak i Komorowskiej aktorstwo, ale pozwoliła jednemu reżyserowi Śmigasiewiczowi pokazać ładnie swoich studentów w ich przedstawieniu dyplomowym „Letnicy” Gorkiego, co właśnie dwóch moich kolegów z roku z podobną ciemną oprawą przekonało, żeby pogadać z Papisem i coś zrobić wspólnie i mnie również do tego przekonać. Ale zanim…

Na drugim roku pojawiły się pewne zmiany. Przyszedł Zbigniew Zapasiewicz, niejako w zamianę za Gajewskiego. Ja go nie znałem z żadnej przekonującej roli, później zobaczyłem jedną, ale wszyscy byli strasznie napięci i podekscytowani z jego powodu, że to rzekomo mistrz, zwłaszcza w Antonim Czechowie, którego właśnie „Trzy siostry” mieliśmy robić. Przyszła również Jadwiga Jankowska-Cieślak, żona opiekuna, laureatka Złotej Palmy w Cannes w 1982 r. za rolę Evy w węgierskim „Innym spojrzeniu” Karolya Makka, z którą Sceny z Szekspira „Jak wam się podoba”. Z Andrzejem Łapickim – Fredro, z Aleksandrą Górską i na zmianę Teresą Budzisz-Krzyżanowską wiersz. Piosenka na zmianę z Krystyną Tkacz i ze Zbigniewem Zamachowskim.

Nie było mnie na pierwszych zajęciach z Zapasiewiczem czyli tzw Zapasem. W ogóle w szkole obowiązywała zasada mówienia o sobie i o wszystkich w skrócie z nazwiska. Rzadko, ale się zdarzał, skrót imienia. No więc podobno Zapas na pierwszych zajęciach powiedział, ze są tylko dwie drogi pracy z nim: albo oddanie się – czyli jak się okazało wręcz powtarzanie tonów po nim – obrzydliwy styl pracy, tak jak w każdym filmie Woody’ego Pedo Allena – same jego klony (korzystając z okazji, – Branagh, przecież ty chciałeś zostać drugim Oliverem! (btw najlepszy Hamlet Laurence’a na ekranie) i ty po tym cwelu tony powtarzałeś?! JPR) – albo totalny sprzeciw, jak mniemam kompletnie niemożliwy na takim – podlegającym jeszcze selekcji/wywalenia ze szkoły – etapie. Może trochę za późno się o tej drugie drodze dowiedziałem, ale jakkolwiek – fatalna uwaga na początku, w mojej opinii. Fatalna. Nic mi te zajęcia z nim nie dały. W sumie nie do pomyślenia, że pedagog rozmyślnie, w taki przewrotny – budzący strach – sposób, zabrania studentowi znalezienia swojego głosu.  Z jakich to rozmiarów EGO-przyczyny. Kurwa Mać!!! Ale mniejsza z tym. Nie zobaczyłem ani wtedy ani później w jego pracy, występach ani zachowaniu żadnej podstawy, żeby ten burkliwy, ciągle nabzdyczony kabotyński kurdupel, tak się obnosił ze sobą. To była groteska. Opowiadali, że jak się ścinał z innymi profesorami typu Holoubek, to ściskał mocno rękę, w taki sposób, żeby ktoś się schylił. N’Komedia. Miał niekontrolowanie spięcia organizmu, jak wchodził w sekwencje wyższych emocji to mu ręce sztywniały i układały się w określony ten sam wizerunek. Za takie rzeczy to poleciał z roku jeden chłopak co m.in nad tym nie panował. a tu proszę – „mistrz”. No ale N’Tragedia pojawiła się gdzie indziej i w zasadzie ten przykład PROMIENIUJĄCY na wszystko dookoła był największą lekcją i porażką wszystkiego co te DREWNIANE i jak się PO DRODZE okazywało – PLEMIENNE środowisko właśnie reprezentowało i afirmowało BEZMYŚLNIE – czy właśnie z N’T’EGO KLUCZA – no bo z jakiego innego, Z MIŁOŚCI DO DREWNA? Później jak poszedłem z Laską na kawę to opowiadała, że Zapas kilka razy próbował dostać się do szkoły, bez powodzenia. Miał problemy z dykcją i zgryzem i brał ciągle korepetycje z emisji głosu. I że pochodził z plemiennej rodziny Kreczmara, byłej wielkiej osobistości w tej szkole. „Nu ładna” – jakby powiedział bohater Czechowa, „Ale co te technikalia mają wspólnego ze straszącym po nocach Duchem” – dodał bohater Szekspira.

Ulubionym protege Zapasa i jak się okazywało – tego… dysydenctwa – był student 2 lata wyżej – opiekunów Anny Seniuk i Mariusza Benoit – Michał Żebrowski. Wpatrzony w nauczyciela osobowość, środki i styl jak sroka w gnat – niestety – kopia. No i tutaj pojawia się zagadka: dlaczego bez mała wszyscy pieją z zachwytu nad nim. Jest przystojny, uhum, podobny z twarzy do Frycza, który to rzadko, jeśli w ogóle, jakąś rolę zepsuł – N’Zwierzę teatralne, no ale to nie powód tej oczekiwanej śpiewająco dziedziczności. I pod koniec mojego pierwszego roku były jego sceny z Hamleta Szekspira z matką/Gertrudą. No i ja powiedziałem co myślę po tym egzaminie, kolegom z roku. Ale szybko, zdaje się poszło w eter. No cię piorun by strzelił. To się dopiero zaczęło. Krypto samotność w wielkim N’City. Nic nie wprost, no bo argumenty na talerzu, ale pod spodem aż wierciło i trzeszczało z niezgody. Nie dostawałem od tego gęsiej skórki, no ale pewnych emocji – już po roku obserwacji/gryzienia – minionego pracowicie czasu – nic nie da się ot tak łatwo ukryć. CO NIE. No nie polizał, no. – Jak ja, gówniarz z jakiejś…prowiN’cji, śmiem tutaj twierdzić, o wielkich N’City N’Artystach, że N’IC w tym nie widziałem, tylko krzyk, techniczne N’IEZGRABNE bieganie, no i w ogóle, nic z tego nie zapamiętałem. A akcja promocyjna przed tym egzaminem jakby Day-Lewis przyjechał specjalnie to zagrać. No, N’Iewairygodne, No, Co za BOLEŹĆ. Ci co nie przepadali, z jakichś powodów za mną, no… musieli mnie chyba zacząć nienawidzieć. I knuć.

No i, jak się okazało, na drugim, kompletnie innym biegunie znajdowała się Jadzia Jankowska-Cieślak. Nie dość, że świetna aktorka, i w ogóle nie-wprost środków, tak rzadko spotykanych, a już w Polsce to w ogóle, ze świecą… A po za tym wyważona ciepła mądra kobieta. Strasznie dużo kopciła. Winstony głównie. No i co za styl pracy. Zajebisty. Na kontakcie, bez pokazywania, bez roszczenia, pretensji i wytykania, tylko kierunki i  bodźce. Trudne tworzywo, ale jakże satysfakcjonujące. Sceny Lakmusa, wyrafinowanego błazna były NAD-cynizm-wymagające. Jak to błazen, od królewskiego dialogu. Na prawdę trzeba było 100 razy – taka Łomnickiego zasada – powiedzieć, poszukać, zanim znalazłeś. I w dodatku na pustej scenie, bez żadnych rekwizytów, wiadomo. Ale karkołomna scena Orlando – Rozalinda…FUCKING HELL. Ukochana Orlanda, przebrana za mężczyznę – Ganimeda – pozwala Orlandowi trenować na sobie wyznanie uczuć. Good Heavens. Piekło prób, żeby to znaleźć, co czuje mężczyzna nie poznający swojej ukochanej w drugim mężczyźnie, ale jakoś czujący… – no właśnie co? No i kobieta widząca w końcu ukochanego i pozwalająca – nie wiadomo po co – w jakimś sensie – poddać to testowi i… obalić/wzmocnić? Myśmy z Ewką Gorzelak to tłukli, do imentu. Ale, zdaje się w końcu, się udało. Jadzia powiedziała, że to jedna z niewielu scen, które ona grała i do tej pory nie wiedziała o co w niej chodzi. Ale po nas już się dowiedziała. No… po czymś takim… chce się żyć.

Ale Jadzia była autorką NAJLEPSZEJ KRYTYKI jaką w ogóle (może nawet nie tylko) w szkole usłyszałem. Mianowicie… Jan Englert, drugoplanowy aktor ze znanego serialu Dom, i jegoż reżysera ze słabych filmów, nowy rektor, popełnił/wyreżyserował teatr TV „Kordian” Juliusza Słowackiego, ikonę dramatu polskiego, w tytułowej roli – Michał Żebrowski, a siebie obsadził w roli cara. W roli Konstantego – dziekan WA Mariusz Benoit. W pozostałych rolach po znajomości wszyscy ci piejący z zachwytu „przyjaciele i znajomi królika”, no takie… szkolne rozdanie. Aha. Czyli znalazłem się w szkole o konkretnej (już nie) krypto-ustawce, która to – ma do czegoś doprowadzić. No bo po co tak właśnie jaskrawie teraz i wbrew. No… akcja promocyjna porównywana do 12 Day-Lewisów, którzy mieli to odtworzyć – op pardon – przeżywać ten dramat. Cała szkoła podniecona jak na wysokich obcasach. Ja już czuję na grzbiecie odpowiedzialność, tego co powiem po. Och. Komedia. No bo chodzą pieski po szkole, które już niby coś tam widziały i śpiewają… łabędzim baletem. Następnego dnia, właśnie na zajęciach z „Jak wam się to N’RAWITSA” Jadzia się pyta „Jak wam się to podobało”? Cisza, jak makiem zasiał. Ja się odzywam: „Pani profesor, ja uważam, że to było bez ducha” I Jadzia zapaliła papierosa, przysunęła popielnicę, zaciągnęła się i mówi: „W dramaturgi światowej są sceny tak napisane, że nie da się ich spierdolić. A wasz rektor i dziekan właśnie ją spierdolili”. A to był dopiero początek tej zawrotnej serii. Chwilę później pojawił się Piotrek Cieplak, który zrobił średniowieczną „Historię o Zmartwychwstaniu Pańskim” w Dramatycznym w rockowym stylu i Jadzia zagrała matkę Chrystusa. Bardzo prosto, pokornie, cicho, w czerni. Wstrząsająco. I Cieplak po tym pojawił u nas na trzecim roku, ale zanim o tym… 

 

Nic innego specjalnie ciekawego nie pojawiło się na obligatoryjnych zajęciach. Mnie nie urzekała starodawna emfaza Budzisz-Krzyżanowskiej i przeciąganie samogłosek jak z jakiegoś XIX wiecznego teatru. Kto co lubi, oczywiście. Odniosłem wrażenie, że również vice versa. A poza tym Hamlet Wajdy z nią w tytułowej roli był… WHY OH WHY…

Łapickiego erotyczny Fredro, miał pewną melodię. Ela Stelmach, która zrobiła karierę w alternatywnej światowej scenie muzycznej miała fazę na niego, bo dowiedziała się, że jak Łapa szedł do szkoły, to na przeciwko w budynku otwierały się okna i było słychać: „Łaapiickii, tyy pieeedooloonyy aamaaancieee”, i za każdym możliwym razem to (wy)krakała; bo Łapa w wieku 80+ ożenił się z krytyczką 20+ i w TV wielka miłość, ale nic jej nie zapisał i wyrzuciła pamiątki po nim na śmietnik.

Krysia Tkacz była zabawna. Uczyła dosyć nieprzyswajalną w tej kwestii koleżankę, jak atakuje ruchem Tina Turner. Cudownie. Śpiewałem „Baranka” Kultu i raz jak z kolegą wracaliśmy w nocy ze Starego Miasta to się okazało, że śpiewałem pod jej balkonem. I ona to na zajęciach wyciągnęła i zaproponowała, że jeśli wyciągnę „Something’s coming” to mi postawi… szóstkę… Ehh;)

Ela w ogóle była inna niż wszyscy, wysoka, krótkie włosy, żółte oczy, po liceum plastycznym i… z Oświęcimia. Trochę wiadomo było, że w tym banale nikt nie poprowadzi tak ciekawej wyobraźni. Kiedyś uciekliśmy z zajęć, bo miała kulminację depresji i poszliśmy na „W imię Ojca” z jej ulubieńcem Day-Lewisem. Załatwiłem jej plakat I Ela zawsze to wspominała. Później zrekompensowała się niejako, heh, i zdradziła, że na spotkaniu dziewczyn z roku byłem jedyny, do którego wszystkie były przekonane, że nie mógłbym być krypto-homo. True. Twarda ocena;)

Well…;)

Biorąc to do tej pory wszystko pod uwagę okazywało się już dosyć wyraźnie, że szkoła w tym wymiarze, w tej obsadzie, w tym USTAWIENIU jest jakąś FIKCJĄ. Że już nawet nie ktoś konkretny, TYLKO PEWIEN TECHNICZNY KLUCZ decyduje kto zostaje wybrany, w jakim celu, w jakim to WYMIARZE MA BYĆ KREW ODDANA i — KTO MA SIĘ NIĄ ŻYWIĆ. Że studenci są dla pedagogów a nie – JAK POWINNO BYĆ – pedagodzy dla studentów. I te, pożal się Boże, dzieci, które – można tylko podejrzewać – jakim KLUCZEM zostały otwarte/SFORMATOWANE mają BYĆ OBSŁUGIWANE i to wszystko WAMPIRYCZNIE ma im służyć. FUCKING HELL!!! Co za skala nieporozumienia i jakiejś kosmicznej OBŁUDY dookoła panuje, włączając w to kręgi pozaszkolne, teatralne, filmowe, CHEŁMSKA story, agencje aktorskie, itd itd itd — I CO, TO TEŻ WSZYSTKO W TECHNICZNO / PLEMIENNYM STYLU???

 

W wakacje roznieśliśmy z dwoma kolegami z roku: Jankiem Wieczorkowskim/Janek i Markiem Włodarczykiem/Włodek zdjęcia po agencjach aktorskich. I jakiś czas później zadzwoniła do mnie Ewa Maryjańska, że otworzyła nową agencję Absolwent i wyciągnęła moje zdjęcia z agencji Gudejko, i czy mi to by odpowiadało, żeby mnie reprezentowała. Powiedziała, że reprezentuje znowu pojawiającą się Małgorzatę Pieczyńską, którą uważałem jak ciekawą, rzadką, drapieżną aktorkę. Zgodziłem się. Jak się spotkaliśmy, miała taki ciekawy rys, trochę do Marilyn podobny. Jakąś chwilę później wylądowałem na zdjęciach do „Ekstradycji” Wojciecha Wójcika, mniejsza o całą historię; wstrząsające było to, że wielki gwiazdor krakowski, historia teatru polskiego, jedna z głównych ról był nawalony jak stodoła i musieli go prowadzić na zdjęcia za rękę. Klaps, budził się, grał. Koniec, i jakby zwalał się z nog. Hm. Ciekawe. Podobno to normalka. Później jak oglądałem produkcje z nim, to rozumiałem już, dlaczego zlewał mi się w jedną nudną rolę.

Wylądowałem znowu na Jelonkach tym razem w baraku 74, ale to już przekraczało mój limit tolerancji tego miejsca. Więc jak chłopcy Jasiek z Włodkiem dogadali się jakoś z Papisem i zaczęliśmy między oblig zajęciami się spotykać i powoli pracować nad trójkowymi scenami do „20 Minut z Aniołem” Aleksandra Wampiłowa, okazało się, że Papis wynajmuje jakieś mieszkanie, jeszcze dalej niż Jelonki, ale jest tylko wtedy tam jak jest w N’City. No a jak jest w N’City to próbujemy, więc odnająłem od niego pokój w tym mieszkaniu. Później, jak Edka Łukaszewska miała mieszkaniowe problemy, to ją przygarnąłem do końca bytu tam, bo Papisowi jakoś to nie przeszkadzało.

Pamiętam to, bo odwiedził mnie wtedy dobry kumpel mój – Jordan (Piotrek Niemczynowicz) profesjonalny fotograf, i zrobił te zdjęcia na próbie, w tym jedno właśnie na Jelonkach jeszcze. Stąd pamiętam jaka była kolejność tych historii. Tak, tak, reakcja łańcuchowa, jeśli już zdążyliście się Państwo zorientować… No bo jak BY inaczej to miało BY …

Długo żeśmy te „20 Minut” robili. My rocznie z hakiem doświadczeni, ale nieprofesjonalny reżyser to problem. Dlaczego? Bo nie wie. Nie wie co w trawie piszczy i nie wie o co mu chodzi. Wszystko mu się podoba, lub nie. Wszystko go interesuje, lub nie. I od tego niezdecydowania to można zawrotów głowy dostać. Jak z kobietą co zamiast jednego, gotuje w sześciu garnkach naraz. Dlaczego? BO TAK. Historia była prosta: dwóch śmiesznych facetów budzi się na kacu i nie mają pieniędzy, żeby poprawić. Więc, jeden z nich – ja go grałem – krzyczy przez okno, żeby ktoś im pożyczył 100 rubli. No i przychodzi rzeczony Anioł i chce im to ułatwić. I zaczyna się niewiara w życzliwość i pomoc ludzką i zaczynają go przesłuchiwać, co prowadzi do absurdu i dodatkowo jakiegoś zaangażowania sąsiadów. Wydawałoby się nic prostszego. Ale tak nie było. W końcu jakoś doszliśmy do finału, ale historia tego przedstawienia rozwinęła się dużo dalej, czy raczej miała się rozwinąć dużo dalej, bo Papis z kolegami swoimi wpadli na pomysł, żeby traktując to przedstawienie jako początek założyć teatr (z nazwą/sensem Jednorożec w jakimś ukrytym / tłumaczonym słowie). No i załatwili nawet jakąś kasę, wsparcie, i potencjalny protektorat i miejsce na premierę/przedstawienia w Teatrze Staromiejskim na Jezuickiej. Wszyscy się cieszyli, bo i pojawili się jacyś nowi i starzy aktorzy i w ogóle narobiło się strasznie dużo nadziei itd itd. What to say…

Tam na Jezuickiej poznałem Elę Gajos, żonę Janusza, aktora 40-lecia, chyba najwybitniejszy polski aktor żyjący. Jego rola alkoholika w „Żółtym szaliku” była… Nic dodać, nic ująć. Polska wódką stoi – od zawsze to powtarzam, że tak powiem. Samo-polskie cierpienie. Jakiś czas później spotkałem się z nim, robiłem coś w TV. Ciekawe, w jakimś momencie swojej kariery zaczął robić zdjęcia, profesjonalnie, wystawy, gadanie o tym itd. Rzadkie przebudzenie tego typu w tym fachu. Papis za to zaczął gadać o Krystianie Lupie. Z miłością oczywiście. Jak to na przykład Lupy facet i aktor Piotr Skiba nawalił się jak stodoła i wszedł po rusztowaniu elewacji na Kościół Mariacki, na przykład. Takie tam krakówkowe historie. Kto nie zna, nie wie czym się zachwyca. Papis oczywiście namawiał, że powinienem tego Lupę poznać – co na lata rozpoczęło z różnych stron podobne gderanie – i po 15 latach doprowadziło to w końcu do spotkania – ale zanim…  Sama premiera się udała. Na drugim przedstawieniu przyszły plemienne tuzy, Wajda, Cywińska, ktoś tam jeszcze. Nic z tego nie wynikło. Zagraliśmy jeszcze trochę przedstawień. Papis nic nie powiedział, ale okazało się później, że próbował na reżyserię do Krakowa i się dostał. Nic nie powiedział, po prostu wszystko zostawił i wyjechał. W dupie. Okazało się to później być jakimś typem/wzorem pasożytniczego zachowania charakterystycznego dla plemiennictwa/fagociarstwa. I żeby było zabawniej, wychodzącego właśnie stamtąd. Z tej dokładnie konfiguracji. Ciekawe. Jak ktoś taki sobie nie radził – a zazwyczaj tak się to W SPAZMACH KOŃCZYŁO – następował taki max-EGO-eskapizm w interesie swojej DUPY. Jak w zegarku. Była jedna ostra sytuacja wcześniej przez niego spowodowana, żądająca najmniej liścia, czy raczej klapsa w pupę… Koledzy mnie przytrzymali… Cóż, nic w przyrodzie nie ginie. Nie tą razą to następną… Więcej go nie spotkałem. I Skotnicki już więcej nie powiedział do mnie „Panie Papis”. Jak w 2002 roku na przykład jeden taki plemienny „uczeń” Lupy – Warlikowski robił Burzę Szekspira w N’City, to podobno właśnie Gajos zrezygnował, bo nie dał rady słuchać tego 'ĆWIERKANIA” i Adam Ferency, którego właśnie wtedy poznałem z okazji jego inscenizacji „Śmierci komiwojażera” Artura Millera (kiedy aktor Marcin Czarnik zrezygnował i ja zamiast niego) – to skończył za Gajosa. Ciekawie to się wszystko później zazębiało. Spotkałem też wtedy Ewkę Gorzelak, która opowiadała mi jak nie dawała rady oglądać Hamleta Warlikowskiego (ale nie pamiętam czy wyszła z tego przedstawienia, nie zdziwiłbym się). Tak czy owak – ZenON NOwak. Fakty mówiły za siebie. Ale zanim…

W międzyczasie Janek opowiadał, że gadał ze starszymi kolegami i że podobno, obligatoryjne zajęcia z młodymi reżyserami na III roku, podzielone na 2 miesięczne ćwiartki, pod okiem jakiegoś ich opiekuna reżysera to dopust boży, wszyscy od tego uciekają, właśnie z podobnych – co z Papisem – powodów. Hm. No i przed ostatnią ćwiartką na moim II roku zgłosiło się do mnie dwóch młodych reżyserów: Piotr Ziniewicz i Mariusz Ponikiewski. Ja tam byłem zaszczycony, że ty razem ktoś mnie zauważył i po chwili konkretnej rozmowy i pewnych rozwiązań scenicznych, okazało się, że obydwaj mieli ciekawe pomysły, które mnie zainteresowały i się zgodziłem wziąć udział (jako w ogóle jedyny ze swojego roku) – co jak się okazało później – w rozwinięciu – pomogło zmienić status szkoły w Akademię.

Studenci II roku reżyserii robili dramat elżbietański, ten tuż przed Szekspirem i Piotrek wybrał sceny ze „Zwodnicy” Middletona i Rowleya. Moja postać De Flores, uosobienie przewrotności/zła knuło intrygę/morderstw w celu uwiedzenia kobiecej piękności. Dorzuciliśmy do tego deformację ciała, garb, kuśtykanie, żeby dźwięk budził grozę i generalnie całą masę doklejonych brzydactw na twarz. Rzeczoną Beatrycze grała Dorota Naruszewicz, a ofiarę Alonzo – Rafał Sabara. Praca przebiegała normalnie, jak po sznurku. W międzyczasie, a ponieważ Mariusz miał wolną rękę u Gustawa Holoubka, legendy teatru i kina polskiego i ambitnie przygotował długą inscenizację Mistrza i Małgorzaty, stworzył z trzech postaci: Korowiowa, Asaselli i Behemota – jedną, którą ta ja miałem zagrać. I miał fantastyczny pomysł, jak pokazać absolutne zło, nad którym ok 2 miesiące pracowałem sam, z ćwiczebną laską, czyli płynne przejścia z wykwitów/wdzięku/nonszalancji/’czarymarów’ biegunowych intencji, na stykach ich – prawie że niezauważalnie. Żeby tak właśnie zaczarować druga osobę – Małgorzatę i w ten sposób namówić ją na bal u Wolanda. I jak już tam te sekwencje opanowałem to dopiero zacząłem próbować z Beatą Ziejką z roku wyżej i z innymi studentami.

Jednej nocy w tygodniu chodziłem sam na tzw maratony filmów organizowane przez Kino Kultura, gdzie podczas wyświetlania 3 filmów można było się napić wliczonego w bilet/darmowego piwa, którego po 2 seansach nikt już nie dał rady pić. Heh. Dzięki tym seansom poznałem człowieka z dystrybucji Solopan, skąd dostawałem filmowe t-shirty. Na przykład czerwony z napisem Little Budda, z którego przez jakiś czas podśmiechiwano się ze mnie i próbowano przypisać ksywę. Różne t-shirty, różnego typu ukryte próby 'skanowania’ moich oczu.

Cóż, moje nocne życie, było zawsze moją tajemnicą, nigdy nikomu nie opowiadałem tych historii, kogo gdzie spotykałem, najczęściej po takim spotkaniu dostawałem wizytówkę, które gdzieś tam się zbierały. I tym razem pozwolę sobię o tym nie opowiadać. Może komuś, kiedyś. Who knows. I no po takim nocnym gadaniu, trochę zmęczony już i w ogóle pojawiłem się, prawie spóźniony na próbę Mistrza i słyszę ” Jest Holub”. Och. No trzeba sobie wyobrazić go. Mistrz anegdoty, których miał setki w rękawie, na każdą okazję i w ogóle, największy intelektualista wśród aktorów i mistrz słowa, którego kulminacja w legendarnej/mistrzowskiej, mojej ulubionej zresztą, Wielkiej Improwizacji Adama Mickiewicza była jego majstersztykiem. Nikt już tak nie mówi. Gadać by można o nim. Zagrał właśnie Wolanda, do którego świetnie pasował. Holoubek miał taki zwyczaj, że nie przychodził, aż do pewnego momentu i wtedy oglądał propozycję. Jak nie zasnął, można było oczekiwać jakiejś rozsądnej krytyki. I w ogóle było to dobrą motywacja, żeby nie odpuszczać bo jak zasnął, a palił R1, to mógł się popalić. I zdarzało się, że nie dopuszczał do egzaminu. Wtedy koniec. No więc zagraliśmy to co ustawiliśmy do tej pory i Holub po chwili z ciemności się pyta: – A Pan kim Pan żeś jest? – że niby to do mnie on mówi. I studenci:- To jest Adam Dzienis, student roku niżej. Holub: – Uhuuummm, Aaadaaam. – i podszedł do mnie. Objął mnie ramieniem. Popatrzył głęboko w oczy, swymi stalowo-szarymi. Uśmiechnął się tajemniczo. Jak Woland, heh. i powiada: – Bardzoo dobrzee. Bardzoo dobrzee. Tylko zrobimy tutaj takie małe pauzzzeczki. Holub miał taki specyficzny styl akcentowania i trochę świszczenia i był wdzięczny do parodiowania przez wielu, przeze mnie również, heh, co w oryginale z nim wywoływało dużo uśmiechu pod skórą, że tak powiem. – I zaczęliśmy próbować moją scenę i Holub stał blisko obok i mówił: – Ooo tutaj. – i tak całą próbę. Potem powtórzyliśmy scenę. I gotowe. I znowu podszedł do mnie. I tak stał i patrzył w oczy. Funny guy. 😉

To w ogóle było ciekawe, próbować w tym samym czasie, dwa różne podejścia inwazji szatańskiej. Nie to, że się uzupełniały, to by było asumptem do dramatu szatana podejrzewam, heh, ale stanowiły ciekawy dystans między sobą. I być może wpływały potencjałem ukrytym na siebie. Kto wie… Nie mniej jednak, tuż przed samym egzaminem ze Zwodnicy, jakoś tam wpadłem na to, że Deflores, który na scenie mordował, doznawał jakiegoś odlotu psycho-fizycznego i się z kalectwa prostował na chwilę, żeby powrócić po tym do swojej postaci. I to właśnie podczas egzaminu, którego grałem na wyciągnięcie ręki do publiczności, wywoływało u niej westchnienie. Ciekawe. No i po tym egzaminie słyszę w ciemnościach brawa. Utartym zwyczajem szkolnym studenci się nie kłaniają, ale światło jakoś się zapaliło wcześniej i kontem oka, jak schodziłem zobaczyłem, że była dziekan się podrywa i na stojąco klaszcze, i inni też wstali. Oż ty. Chyba się podobało… Zło przedstawione… I Holoubka egzamin też dobrze poszedł. Przybiegli studenci ze starszych lat i… jacyś tacy szczęśliwi… WHAT”S THE FUCK. Trzeba częściej zło pokazywać… zdaje się. I nagle ktoś mnie chwyta za rękę… i wyciąga z sali… i ciągnie za sobą. A to Maja Komorowska. Już wiem skąd ci ludzie mieli siniaki po jej próbach. I tak mnie ciągnęła po schodach przez piętra do sobie znanej kobiety od dykcji, każąc jej, żebym u niej ćwiczył… Komedia.

Odezwała się do mnie Magda M. że pracuje dla NZSu przy SGH w N’City i czy nie mógłbym przygotować czegoś na przyjazd młodzieży zagranicznej zróżnicowanej z okazji jakiejś dużej akcji „Pociąg do Oświęcimia”. Czemu nie. Zaangażowałem artystów tańczących, wynająłem salę w szkole na próby i w 2 tygodnie zrobiłem takie widowisko muzyczno taneczne. Magda była przeszczęśliwa, a ja poznałem Miss Uśmiechu N’City.

Pływałem od wczesnego dziecka i w te wakacje zacząłem nurkować w jeziorze Studzieniczne, a ponieważ szef klubu Marcin Sznajder okazał się byłym kaskaderem, który odlatywał w stronę kahunów chodzących po lawie i generalnie w stronę psychotroniki, a ja z miłości do delfinów wymyśliłem historię serialu dla młodzieży, o tym jak sny z delfinami przepowiadają rzeczywistość, która zaczyna się z nimi przenikać tworząc nowe sytuacje do interpretowania/radzenia sobie itd. Marcin podczas słuchania tych moich 'konfabulacji’ zadzwonił do producenta, któremu się to spodobało i żebym, to profesjonalnie sformalizował, załatwił mi korepetycje z pisania scenariuszy/treatmentów itd. I na początku III roku po zajęciach w nocy, nocnymi autobusami jeździłem do Warszawy-Radość, do Artura, byłego asystenta Wojciecha Marczewskiego, którego „Ucieczka z Kina Wolność” była przykładem połączenia kina (rozliczenia) politycznego z surrealizmem, czy magią kina po prostu. Te 'korepetycje’ polegały na oglądaniu w kółko jednego filmu i na tej podstawie uruchomienia myślenia filmowo/pisarskiego – w stronę dokończenia swojego pomysłu. Tym filmem był „Dobrzy, źli i brzydcy” Sergio Leone. Napisałem później treatment, sprzedałem go, ale serial światła dziennego nie ujrzał. Nie dopytywałem się dlaczego. Rok później zaproponowałem kolegom z roku udział w obozie i jak pewnego razu wynurzyliśmy się, to zobaczyliśmy kilkudziesięciu biskupów idących brzegiem jeziora w odświętnych, ceremonialnych szatach liturgicznych. Okazało się, że jest to koronacja cudownego obrazu Matki Boskiej w niewielkim kościółku właśnie nad tym Jeziorem Studzienicznym.

Zdarzyła się ciekawa historia bo ni stad ni zowąd zaprosił mnie do kawiarni starszy znany absolwent i po chwili kurtuazyjnej rozmowy, mówi mi „Nie idź do Ateneum. Odmawiaj” Co znaczyło, żebym broń Boże nie przyjmował propozycji stamtąd pracy, a już w żadnym wypadku etatu. A był to teatr w którym pracował m.in Gustaw Holoubek, a dyrektorem był Warmiński. Nie było żadną tajemnicą poliszynela, że teatr ten obecnej dyrekcji, której wybór zawsze był najbardziej istotnym/determinującym czynnikiem w teatrze, był znany z lenistwa aktorów, obcinania kuponów i generalnie niezbyt współcześnie traktującego repertuaru. Mówiło się na przykład, że aktorzy grają w karty w kulisach podczas przedstawień, że ich kostiumy mają specjalne kieszonki na karty itd. No i w sumie nie wiedziałem jak to traktować, czy to dotyczy tego co wszyscy wiedzieli, czy czegoś jeszcze – ukrytego – niekorzystnego właśnie dla mnie. Nie dopytywałem się. Premierą w sezonie okazał się Kupiec Wenecki Szekspira z Holoubkiem w roli Shylocka.

Mimo wszystko, powoli się przyzwyczajałem do tego, że jestem raczej osamotniony w swoich poszukiwaniach, że to wywołuje jakieś pozytywne reakcje, może nawet więcej, ale tzw polskie profesjonalne środowisko teatralno-filmowe nie odwzajemniało propozycjami, zainteresowaniem itd. Dużo gadania, spowiadania, pseudo/niby/zaczepnych-obietnic setki, każdy z branży wie o co chodzi. Chodziłem na castingi, Ewka Maryjańska też coś tam od czasu do czasu załatwiała. Wygrałem na przykład casting do kanadyjskiego serialu dziejącego się podczas II Wojny Światowej, gdzie bardzo ciepło zostałem przyjęty przez twórców i ekipę. I tego typu wzór zagraniczny pojawiał się również później.

13 Października 2026

 

GRZEGORZEWSKIEJ PRZY CYNAMONOWEJ

Awansowałem. Znajomy namówił na mieszkanie niedaleko metra. Podobno właściciel to operator telewizyjny znanego oficjalnie plemiennego Polańskiego szatan familijnego reżysera filmowego, którego ciągle swędziało mu aż się drapał.. Dwa pokoje w amfiladzie w byłej suszarni. Ciepło jak cholera, i sucho. Jak w piekle. Chcesz wyjść, to przez kolegi, chce on do kibla – przez Twój. Nic innego nie da się w pokojach postawić poza plecakiem i materacem na środku. Warunki zrekompensowane niewygórowaną ceną. Ale właściciel niespecjalnie wrażliwy na balans bieli zaoszczędził i napiął się na kryptotradycję tak, że wymalował wapnem ściany i po dotknięciu zostawiały biały ślad. To jakaś choroba z tym bieleniem, wybieliwaniem, kto im to powtarzał w kółko, kto to zaprogramował. Te bielenie, te wybieliwanie. Bielikiem. Orłem siętylko rozłożyć na materacu i leżeć jak na śniegu.

Między pokojami a łazienką z surowych desek zrobiona garderoba, bez drzwi. Takie głębokie półki. Na podłodze wszędzie PCV. Łazienka też w bieli. Już nie pamiętam co tam było, zanim doszedłem miałem biało w oczach. Jakby w drodze ktoś stworzył potencjał wymazywania pamięci po następnym wrażeniu. Bielarnia umysłowa. Wracało się z konieczności, jeśli po drodze się gdzieś nie zaczepiło.

Kwiecień 2023

Na trzecim roku bardzo dużo grałem u młodych reżyserów. Wszyscy się jakoś tak otworzyli na nową sytuację. Że można jakoś się dogadać i pokazać coś swojego, swoją osobowość itd. Studenci Akademii Sztuk Pięknych robili scenografię i coraz częściej pojawiała się dopasowana oprawa muzyczna. Stał się „cud mniemany” i zaczęli przychodzić na egzaminy reżyserskie obcy ludzie spoza szkoły. Pod koniec roku sale pękały w szwach. Zagrałem w sumie ok 20 egzaminów reżyserskich. Przeróżne historie i konfiguracje. Obligatoryjne ćwiartki były m.in z „Księcia Niezłomnego” Juliusza Słowackiego. Najbardziej wspominam wyzwanie rozgryzienia Ryszarda III Szekspira i karkołomną scenę uwiedzenia Lady Anny i oczywiście pracę u Gustawa Holoubka, bo Piotrek Ziniewicz, bardzo ambitnie, przygotował adaptację Cyrano de Bergerac z ciekawymi pomysłami i obsadził mnie w tytułowej roli. Szlachetny tragiczny męski Cyrano jest wdzięczną rolą do grania. Pierwszą sceną było wyzwanie kabotyna na pojedynek, podczas którego Cyrano układa balladę o swoim przydługim nosie. Montfleryego grał Adaś Woronowicz/Woron i żeśmy spróbowali ambitnie ustawić ten pojedynek na szpady, ale na… uniki. Żeby szpady w ogóle się w tym pojedynku nie zetknęły. I bez Grochoczyńskiego wsparcia czy propozycji, heh, nawet go nie informując. Ambitnie. Ponad godzinny egzamin, wymagający ruchowo, cały czas na scenie w obfitych kostiumach. Story jest znane, Cyrano 'poświęca’ swoją miłość do Roksany – Ewka Gorzelak – dla Christiana – Rafał Sabara i na końcu dostaje belką po głowie i walczy ze śmiercią. I traf chciał, że 2 tygodnie przed egzaminem, na corocznej „Kawie i herbacie” imprezie dyspensyjnej dla pierwszoroczniaków, kiedy reguły fuksówki przestają obowiązywać i wszyscy się razem bawią i piją itd robiłem parodię Prince’a i nie rozgrzałem się jakoś specjalnie jak się okazało i zrobiłem szpagat, wstałem, dalej tańczyłem i… obudziłem się po chwili na podłodze, otoczonym przez piękne dziewczyny;) za to. Okazało się później, że naciągnąłem mięsień jeden i trochę kuśtykałem. No i Holoubek jak zobaczył co żeśmy przygotowali, w tym moim stanie to się strasznie przejął. No i było dużo jeszcze do wypracowania, no bo to w sumie takie dell arte, dużo choreografii, i trzeba to finezyjnie ogarnąć, żeby była lekkość itd itd. No i Holub przez kilkanaście dni wpadał codziennie, a miał też premierę w swoim teatrze i… był w lepszej formie ruchowej ode mnie;) I w ogóle tak bardzo energetycznie w tym wieku… niesamowite. To było na prawdę miłe. Ale w sumie wszystko warte tego było, bo Piotrek wymyślił, żeby ten ostatni, słynny, piękny monolog „Zabraliście mi wszystko (…) – Ja walczę, ja walczę, ja walczę (…) Zmiotę proch w mym pokłonie z gwiaździstego proga…” No… OGIEŃ! – Żeby Cyrano ukrył przed Roksaną, że umiera. Że chce, żeby nie było widać, że walczy ze Śmiercią. Że śmieje się z niej. — No i to był świetny pomysł. I jak już opanowałem rytm całego przedstawienia z rytmem i melodią ostatniej sceny to Piotrek za każdym razem po zakończeniu, podchodził ze łzami w oczach, i wtedy, żeśmy omawiali na tym fizyczno-emocjonalnym zmęczeniu. No i pamiętam ostatnią generalną. Po zagraniu zobaczyłem trochę ludzi ze szkoły i Marcina Dorocińskiego/Dorotę, kumpla z roku. Dorota oczami, że… OGIEŃ. I podchodzi Ziniewka zapłakany i mówi… że Holub się popłakał. Heh. 

14 Październik 2026

 

ALEJE JEROZOLIMSKIE 49, PIERWSZA STUDNIA

STARE KURTYZANY DOOKOŁA. BRAMA PRZED-PRZE-DNIA WTEDY ISTNIEJĄCA NA KLUCZ. ALFONS PILNUJĄCY W BUDCE MIĘDZY HOT-DOGAMI PO DRUGIEJ STRONIE ALEJ. Z WIDOKIEM NA PEKIN. RODZINA DISCO POLO. NOCNE IMPREZY I TAŃCE Z OPOWIEŚCIAMI. ON KIEROWCA RZĄDOWEGO POGOTOWIA RATUNKOWEGO. WSZYSTKIE MOŻLIWE WEZWANIA DO POZA ZMYSŁEM ZWIERZĘCYCH SEX ABERRACJI. STARY UZNANY AKTOR W SZALEŃSTWIE W PIŻAMIE NA ULICY Z NOŻEM W RĘKU KRZYCZĄCY ŻE TO ON JEST HAMLETEM.

Ryszarda III zaproponowała Magda Kłaczyńska, spikerka TVP2 i jak się okazało wtedy dziewczyna kompozytora muzyki teatralnej Satanowskiego. Magda nie miała żadnych pomysłów, wszystko się jej podobało i generalnie była wdzięcznym widzem cały czas. Lady Annę grała ruda Karolina Dryzner z roku niżej, z roku Englerta, który popełnił tę rolę w Teatrze Polskim, dwa lata wcześniej, którą to rolę parodiowałem na swojej fuksówce. Generalnie Ryszard III to zło wcielone z obszarem ciała sparaliżowanym. Taki wymóg stawia na początku Szekspir. Jak zaczynałem te wyzwanie, to równocześnie zaczęliśmy pracować z Piotrkiem Cieplakiem, świeżym objawieniem w N’City i próbować sceny z… Kubusia Puchatka. Tak, tak. Nie takie to oczywiste zresztą było. Ale zanim… No i Cieplak jak powiedziałem mu co jeszcze robię w trakcie, to zasugerował, że ta scena jest tzw nie do zagrania, zwłaszcza dla kobiety. No i w sumie miał podstawy, żeby tak myśleć. Bo Ryszard III zabija tuż przed tą sceną/pogrzebem, męża Lady Anny i jej teścia. I w trakcie sceny ok 25-30 min swoim niezgrabnym ciałem i 'wdziękiem’ namawia ją na zbliżenie seksualne. Rektor szkoły grał sparaliżowaną część ciała tym, że nosił piłkę w dłoni, która mu z niej wypadała, na przykład. Nic nie oglądałem wcześniej, a ni w trakcie poza tym właśnie. A ponieważ już się zaprzyjaźniłem z kilkoma wymienionymi tu reżyserami, więc dzieliłem się z nimi swoimi spostrzeżeniami i wątpliwościami na bieżąco, można tak powiedzieć. No i miałem zasadniczy problem z podejściem do tej roli, bo nie wystarczały mi jej założenia. Szekspir zresztą niczego nie ułatwia. Jest tekst i szukaj wiatru w polu. Dlatego się mówi że to taka wysoka góra. No i tak na początku tylko cały czas czytałem i szukałem, co tam  w środku mogłoby się wydarzać. No i w pewnym momencie wpadłem na klucz do bramy, której otwarcie, mogłby dawać mu kopa i ustawiać energetycznie i dramaturgicznie jego czar. Że ta jego niedyspozycja tak silnie na niego oddziaływuje, że ma, jakby to powiedzieć, niejednoznaczny stosunek do niej, w efekcie. Po prostu, jest uzależniony od pewnej relacji z tą i tu UWAGA – pozornie! martwą częścią. Że przyzwyczaił się katować ją fizycznie do momentu, jak zaczyna się ona/ręka/zaciskać – żyć – on – ją czuć. Że to daje mu nadzieję/siłę i w momentach kiedy chwieje się mu grunt pod nogami / traci swoje argumenty – ten atak / ożywienie tej części – jest jak dopływ tlenu. I w sytuacjach intymnych / samotności / kiedy nikt nie widzi i – wprost przeciwnie. Taki NARKOTYK/DOPALACZ trochę wbrew a trochę podług swojej funkcji. No i koledzy jak usłyszeli, byli strasznie ciekawi, czy uda mi się obronić tę tezę na scenie. Czy to się przełoży. Ta motywacja wystarczyła, żeby zacząć próbować. Okazało się, że w tej sytuacji w stosunku do kobiety wyzwala to pewną męską, atrakcyjną fizycznie brutalność.. POWŚCIĄGNIĘTĄ – w cuglach przed wyścigiem i zniekształcającą/MYLĄCĄ obraz. Jakaś 'atrakcyjna’ pato-perwersja w tym była, bądź co bądź. W każdym bądź razie rektor, podobno zapalony tenisista nie spodziewał się takiej… 'ciężkiej’ piłki.

Mimo, że praca nad Kubusiem Puchatkiem była na koniec roku tylko z jedną (moją) grupą, Cieplak pojawił się na spotkaniu z całym rokiem i oznajmił, że będzie z nami robił przedstawienie dyplomowe i żeby nas lepiej poznać, prosi każdego o przyniesienie czegoś osobistego. Ja pokazałem plakat z delfinami i monolog „Być albo nie być” Hamleta. Cieplak okazał się wrażliwym reżyserem z normalnym podejściem, daleki od tego obligatoryjnego nabzdyczenia, które wylewało się szkolnymi porami. Jemu zależało na tym, żeby rozczytać problemy ludzkie między postaciami/zwierzętami z Kubusia. Żeby tam znaleźć jakieś znaki równości między nimi. Każdy grał różne postacie. Przyjemna praca poza jedną sceną, heh. Grałem Kłapouchego w scenie urodzin, pamiętam i tak męczyło mnie wejście na scenę jak Kłapouchy siebie obwinia/kokietuje, że jest żałosny. Zabawne w czytaniu, ale w zagraniu wychodzą konkrety. Dalsza część sceny była OK. No i w pewnym momencie mówię FUCKING HELL, a Cieplak na to, że ta męka znajdowania jest fascynująca, że jak znajdziesz to już NUDA. No tak, heh. W ogóle, znowu się okazało, że jak pracujesz bez zadęcia, to fajne owoce wychodzą. Jak kończyłem tę scenę, to Cieplak powiedział coś na kształt: „A weź teraz na ostatnie zdanie, wyjdź z postaci, podnieś oczy na widownię i powiedz to tak jakbyś to prywatnie powiedział. Jak to ty” No i właśnie w tym to dokładnie momencie, cała pełna widownia westchnęła w okrzykach typu „O jej”,”Och jo”. Dorośli koledzy po, ze łzami w oczach. Piotrek dostał od ręki etat profesora. Ale po roku pracy, jak poszedł na radę wydziału, to powiedział, że mu włosy stanęły dęba na głowie, po tym co usłyszał. A był łysy. I od razu zrezygnował. Po egzaminie poszedł ze wszystkimi na piwo do Marcinka, słynnej 'przypisanej’ szkole (bo najbliżej) knajpie na omówienie. Nie było mnie na tym spotkaniu. Póżniej Jasiek powiedział mi, że: „Wiesz co… Jeszcze nikt tak o tobie nie mówił jak on. Tak cię rozczytał, że niektórzy otwierali oczy”. FUCKING HELL, trzy lata MORDĘGI, i dopiero teraz… Lepiej późno niż wcale.

To wszystko pokazuje jak silna była ta niechęć do PRAWDY, do organicznego, przez tzw Naturę dla jednych, dla drugich przez Boga – ROZDANIA. Jak bardzo to PILNOWANE było i jak wymagane lizania. Studenci starszych lat przy tobie krytykowali te środowisko, ale wchodzili bez wazeliny jak pojawiały się kosze z chlebem i kasa na igrzyska. Ponieważ nie miało to poparcia w rzeczywistości, TYLKO TAKIE CHCIEJSTWO I CIĄGŁY ARANŻ, żeby nikt tam nie pisnął słowa, bo na PLEMIENNOŚĆ wtedy coś złego powiedzieć i jeszcze UŻYĆ SŁOWA „PLEMIENNOŚĆ” no to… równoznaczność z PLUTONEM EGZEKUCYJNYM PALESTYŃSKICH DZIECI. Na prawdę to już w pewnym momencie odnosiło się wrażenie, że to taki jeden WIELKI SEN abo WIELKI ŚWISTAKA ŻART.

Tym studentom nie przeszkadzało, że tracą czas i są formatowani doraźnie na czas pracy danego egzaminu. Niektórym ta doklejona forma pasująca do rzekomego obiecanego zaproszenia do duszy/osobowości otwarcia vel Ziemi Obiecanej tak ich zachwycała, tak w niej widzieli siebie pięknym, że zostawało im to na lata, jeżeli w ogóle NIE NA ZAWSZE. Jak te niewidzialne obietnice fruwające jak feromony z najdroższych perfum na świecie, które ciągle szepczą jedną tanią plemienną melodią: „Nie dla psa kiełbasa” – i zaraz po tym – „Czekaj na naszego Godota”  i już  SŁOWO-KLUCZ padło i już nikt nie zadaje PYTANIA – ALE KTO TO MÓWI – już gotowi żołnierze NIE WIADOMO JAKIEJ SPRAWY I NIEWIADOMO JAKIEGO DOWÓDCY czekają zwarci i gotowi, żeby po latach czekania usprawiedliwiać siebie/tłumaczyć sobie że TO PRZECIEŻ MAMONA DECYDOWAŁA KTO CO itd. Mamona, która rzekomo miała własną rację bytu, WŁASNĄ DUSZĘ. — FUCKING HELL. — Teatr to poważna sprawa WALKI DUSZ, dla dojrzałych, odpowiedzialnych ludzi, a nie dla jakichś zakompleksionych plemienne tresowanych bawi-piesków, co podejrzeli banalne środki Kirka Douglasa, i ich reakcja waha się między waleniem ręką w stół, jej rozcieraniem a prychaniem wyszczerzonymi plastikowymi zębami niby śmiechu w stylu zwierzęcych kreskówek. 

Pamiętam, na przykład, to się jakoś zgrało z wizytą studentów z Krakowa u nas w szkole, o których zawsze się mówiło, że tam blondyna nie znajdziesz, bo nawet jeśli, to pewnie pofarbowany, żeby się ukryć. Odbywał się na Chełmskiej, w Wytwórni Filmów Fabularnych, casting do roli Sobolewskiego do Dziadów rektora Englerta w oczywiście powtórzonej, można powiedzieć obsadzie z Kordiana. Nie pamiętam, ale chyba byłem jedyny ze swojego roku. Rola wstrząsająca bo opowiadanie o cierpieniu dzieci w zaborze, po utracie przez Polskę niepodległości. No i zaczynam mówić ten monolog a Englert mi przerywa i zaczyna się o coś dopytywać. Ja nie wiem dlaczego on przerwał i o co się dopytuje. On chyba jakby to zrozumiał i mówi, żebym jeszcze raz i on nie będzie przerywał. No i ja powiedziałem, i kontem ucha usłyszałem jak w trakcie on wzdechnął i mruknął do siebie: „Aaaa, on (Sobolewski) nie chce tego opowiadać”. Tak, prosżę pana eee-rektora, o to właśnie chodziło. No i później wieczorem na spotkaniu dwóch szkół on podszedł między nas i pełnym głosem, przy wszystkich, JAK NA BALU U SENATORA, że ja ten monolog powiedziałem wstrząsająco. Hm. Cóż rzec. Większości, jak nie wszystkim i nie ukrywam – ze mną włącznie – wydało się, że on się nie popisuje tutaj sobą; przed sobą. No bo po co on to powiedział w takiej aranżacji. Czego ja tutaj nie zauważyłem, w dupę jeża, że tak powiem. No właśnie, okazało się, że jego chłopaczek z roku bo nimi to obsadził, o aparycji wieku tych dzieci męczonych, tak to z moją intencją podobno to próbował powiedzieć. KUMBAYA?

Mógłbym wyliczać nieustannie te szkolne, tego techno/plemiennego ustawienia wpadki, namówki, jakieś rozgrywki i dziecinne zachowania których po drodze cała masa ciągle opowiadała jedną – tę samą – ICHHHHHH HISTERIO-HISTORIĘ. Na przykład przyjechał do nas rok Szkotów z Royal Academy of Music and Drama. I z jakichś dziwnych powodów, okazało się, że mój rok nie będzie mógł pojechać na wymianę do Glasgow, WHY OH WHY. Lata rektora Englerta i jego kolegów jeździły wszędzie, do Szkocji, do Szwecji, do Włoch i ich mafijnych układów w Calabrii. Wszyscy o tym w szkole wiedzieli. Nie mniej jednak to straszny obciach, jak okazało się z tymi Szkotami, bo NIKT IM NIC nie zorganizował. Tak się wkurwiłem ..zdeczko i sam/z kilkoma kolegami organizowaliśmy im czas w N’City i zabraliśmy ich na wycieczkę do Krakowa i Oświęcimia. No w ogóle zajebiście się żeśmy razem bawili, do tego stopnia, że Ela Stelmach po studiach wyjechała do nich do Glasgow i została tam na lata i zaczęła robić tam karierę muzyczną I ciągle się odzywała do mnie, żebym przyjechał, bo „wszyscy tu za mną tęsknią” itd. I ja ciągle się pakowałem, ale zawsze coś się okazywało i musiałem jakoś trzymać ten pierd… N’City fasoN. FUCKING HELL.

14 Października 2026

 

JEŚLI JEDYNYM TWOIM SKOJARZENIEM SMOKA SĄ CHINY… HM… CÓŻ RZEC