poza LIMUzyną 20
... NJ/NYC ... KLIKE ...
DZIEŃ3
Tego dnia odbywał się Finał World Cup: mecz piłkarski pomiędzy Chelsea London a Paris Saint-Germain (3:0, gole: Cole Palmer22, ’30, Joao Pedro ’43) i można było poczuć różnicę między wczorajszym dniem piknikowym, gdzie wszystkie grupy bawią się ale oddzielnie, celebrują i ucztują alienując się wzajemnie w miarę możliwości, a dniem gdzie zaledwie pojedyncze jednostki poruszają się po tych samych śladach czy przestrzeniach. Dla tzw OBCEGO w sensie emocjonalnym jest taka, że jednostki większą uwagę zwracają na siebie, jakby trochę zgadywały, czy się domyślały, że być może, w tej naturalnej selekcji pewnej decyzji, łączy nas coś więcej. Czy taki fakt robi dużą różnicę dla OBCEGO, czy może być silniejszy emocjonalnie od kredytowanej 'przeklętej’ identyfikacji etnicznej czy narodowej na przykład.
Okazało się, że w hotelu jest parę osób z którymi można wspólnie pogadać: Sunlee 60 letni emigrant z Indii, specjalista IT w Stanach od 30 lat. Willem, psycholog sportowy z Austrii na wycieczce samochodem po Stanach, Ana i Maire, Brazylijki z platformy Workpack w pracy hotelowej. Wszyscy w średnim wieku, po różnych przejściach. Poruszaliśmy rożne tematy wieczorami. Na przykład Willem opowiadał jak trudne i specyficzne jest podejście trenera/psychologa do ojca dziecka trenującego. Jak bardzo psychologicznie mądrze, sprytnie i prowokacyjnie jednocześnie zarówno w stosunku do dziecka jak i do ojca. U dziecka jak dostrzeże braki ojcowskie wpływające ogólnie na trening / wyniki w dyscyplinie, żeby nie naruszyć obojga relacji, a z drugiej strony do ojca, żeby niejako wytłumaczyć/zmusić go do zmiany zachowania, jednocześnie, jednemu nie zastępując ojca z drugiemu nie wywoływać niepotrzebnej toksycznej czy narcystycznej zazdrości o autorytet czy własne dziecko. Willem, zrobił sobie swoje pierwsze oddzielne wakacje w małżeństwie i dużo zwiedzał i robił zdjęcia telefonem wszystkiego co go zaciekawiło, które to z nieukrywanym zadowoleniem wieczorami pokazywał. Z czego to żeśmy wszyscy czerpali informacje.
Maire prowadziła szkołę online angielskiego, dla studentów w Brazylii, twierdziła że poziom nauczania tego języka jest tam fatalny. Z uporem maniaka próbowała załatwić sobie rodzaj gwarantu/dyplomu/papieru uczelni amerykańskiej po tej szkole online, żeby dostać tutaj profesjonalny staż, ale jej się stale nie udawało. Wierzyła w połączoną teorię 4 Niebios tkaną z różnych religii. Ana była po rozwodzie 9 miesięcznego małżeństwa, wliczając pierwszy miesiąc faktycznego, z polskim żołnierzem na służbie w Kanadzie, Adamem, z którym widywała się tylko raz w miesiącu. Rozstała się, bo mąż pił. Sunlee, fan PSG przyjechał na mecz. Dwukrotnie rozwiedziony, szczycił się wiedzą randkową. Próbował i próbuje bezskutecznie sprowadzić swoją obecną żonę do USA. Przestał pracować w Stanach, bo jakoś stracił motywację. Opowiadał jak przez 30 obserwował upadek tego kraju, który jego zdaniem już się nie podniesie. Po meczu dostałem od niego w prezencie szalik.
DZIEŃ4
Sunlee miał szczególny talent do kodowania. Zajmował się dodatkowo, hobbystycznie profesjonalnym projektowaniem tablic rejestracyjnych do samochodów. Przychodziłeś do niego jak do cygańskiej wróżki swojego rodzaju, opowiadałeś to uważałeś za najistotniejsze w twoim życiu, życiu twojego samochodu, a Sunlee używając różnych alfabetów liter i cyfr, ich specyficznego 'znakowania / myślenia, układał da tego zagadkę / tejemnicę / przepis, czy jakąś wróżbę. Tak jak by robił ci, twojemu samochodowi wielką przyszłościową przysługę / albo po prostu dawał NOWE IMIĘ / Życie. Cóż rzec… Zupełnie znacząco niezwykłe.
PŁD NJ
Południowe New Jersey. Przez kilka dni usłyszałem parę razy, że jest to dzielnica, do której wyemigrowali, w cudzysłowiu – pod przymusem, czarni z Brooklynu. Dlatego na Brooklynie jest tak dużo pracy dla opiekunów psów, no bo geje nie mają dzieci.
Próbowałem wejść do środka tego kościoła, ale strażnik/sprzedawca dewocjonaliów powiedział „Nie”. Zapytałem się jak się to ma do zwykłego traktowania chrześcijanina, czy można mu bronić dostępu do chrześcijańskiej, bądź co bądź świątyni. Usłyszałem znowu jedno słowo: „Nie” i zobaczyłem wyciągniętą rękę na znak „Stop”. Zapytałem, czy ich Bóg jest inny niż ten, którego ja znam. I znowu słowo z ręką „Nie”. Jak nie to nie.
NYC
Spędziłem wiele razy bezproblemowo różne pory roku na pustyni, ale pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się to. Podczas przejścia przez Manhattan na północ zacząłem mieć przebłyski światła w oczach. Jak gdyby słońce dawało do zrozumienia, że albo ciemność jest tu za duża, albo że była/jest/będzie to ukryta pustynia, albo obydwie naraz. Obłoki pary wydostające się spod powierzchni nie ułatwiały bynajmniej odrzucenia tych interpretacji. Nadwyraz.
Przechodząc przez ludzki tłum, stosunkowo nietrudno jest się wsłuchać w strumień wypowiadanych zdań. Częstotliwość powtarzających się, pojawiających wyrazów sama układa wzór inteligencji. Najcześciej było to trzy zaczęcia zdań: „It was like…”, „I was like…”, „I have like”. Jeżeli by się nałożyło te frazy w zmultiplikowanej jednej formie, podejrzewam, żeby głównie się słyszało powtarzającą frazę: „…klike…klike…klike…”
Kolejna, tym razem widoczna rzecz wyróżniała również to miejsce szczególnie, torba. Prawie każdy, miał w ręce torbę. Nie chodzi oczywiście o torby osobiste, tylko były to: albo podróżna, albo z/na śmieci, albo z/na zakupy, albo z/na jedzenie, albo z/na psie gówno. Często więcej niż jedną. Prawie każdy. Jeżeli ktoś nie miał, zgaduję, że czuł się nagi. Babilon Bagyman City.
NYC CENTRAL PARK
Spacerując w Central Parku nie widziałem jakoś specjalnie oryginalnych drzew, czy jakiejś wybitnej aranżacji / architektury krajobrazu, które widziałem gdzie indziej na świecie, czy choćby w Polsce. W sumie nawet mniej / ubożej. Te same elementy, parki zabaw czy sportu. Jezioro w środku. Park taki sam jak inne. Azyl przed słońcem na powietrzu. Pomyślałem, że zrobię rundę dookoła całego i zobaczę czy czegoś ciekawego nie przegapiłem. Podobały mi się tabliczki na znak miłości, przyjaźni, wspólnie spędzonego tutaj czasu. Widziałem też sporo pozujących ludzi na oryginalność i popisujących się przed innymi. Trochę wariatów, trochę normalnych artystów. Jak wszędzie.
Sam nie wiem, nie zdecydowałem jeszcze co o tym mam myśleć, czy to od przyglądania się, zupełnie nienatarczywego, czy po prostu, czy jakieś wrażliwsze jednostki tu się zaplątały, ale sporo ludzi mi się ukłoniło podczas spaceru. Może tutaj obserwowanie ludzi nie jest w zwyczaju, że wywołuje jakiś niewygodny, obnażający rodzaj zaczepki intymnej. Tuż przed zmrokiem, po pokonaniu około 60% dystansu, zaczęło padać, a po chwili deszcz przerodził się w ulewę. Jakoś nie powstrzymało mnie to przed kontynuowaniem mojej ambitnej wędrówki. Kiedy ostatni raz tak niefrasobliwie młodo się poczułem… Park oczywiście opustoszał. Po około 30 minutach zobaczyłem dwóch młodych mężczyzn, którzy mijając mnie w deszczowym milczeniu, w ostatnim dosłownie wyciągnęli z boku. ręce, aby przybić mi taką jakby ukrytą niską piątkę. Nie zatrzymując się udało mi się również wyciągnąć rękę. Przyklepaliśmy w ruchu, a po chwili oni roześmiali się głośno. Clapping In The Rain.
Doszedłem w końcu do jakiegoś budynku, okazało się być restauracją, zostałem serdecznie powitany przez grupkę czarnych rykszarzy. Po odwzajemnieniu, jeden z nich powiedział, że powinienem się napić whiskey. Ja, że „Niee, to donikąd nie prowadzi”, on że „Wszystko zależy od proporcji”, ja, że „No taak, ale tak się to zazwyczaj zaczyna z tym fantem”. On, że „Wszystkiego niby trzeba w życiu spróbować”, ja, że „Wiem o co chodzi, ale niekoniecznie, zależy od wychowania, i przy zwykłym zaufaniu, parę błędów można uniknąć.” On na to, że „Fajnie że to powiedziałem, bu tu stoi jego syn 18-letni, który niby jeszcze nie pił, i że to dobrze, że tak argumentowałem”. I nagle podszedł do swojej rykszy i dał mi nowy, biały, suchy T-shirt i uścisnął dłoń. Wszedłem do środka i zobaczyłem białą rodzinę z trzema chłopakami, która też tu się schroniła. Jak zacząłem wyciskać poszczególne rzeczy z wody, i opowiedziałem historię z zewnątrz, zaczęliśmy sobie żartować.
Thomas, Charlotte z 3 synami z Londynu wpadli na pomysł, że szkoda czasu i że warto wziąć worki na śmieci z kuchni i zrobić z nich płaszcze. Pomysł został entuzjastycznie przyjęty przez resztę chroniących się ludzi. Rodzina zaproponowała mi wspólne dokończenie mojego walking-planu i obranie później kierunku na Times Square. Czemu by nie. Po chwili spaceru i rozmowy poczułem ten specyficzny mdły, kwaśno-słodkawy zapach, który mnie całe życie prześladuje. Zapach, który przeszkadza myśleć. Tylko jeden z chłopaków też go czuł. Ciekawe. Taka mieszanka wszystkiego i niczego. Po drodze znaleźliśmy nocną pizzerię, z najtańszą na świecie pizzą, tańszą nawet niż w Polsce. Masa ludzi widząc nas maszerujących w workach zaczepiała drwiąc z najnowszej mody, żeby im sprzedać wykroje. Times Square – kwintesencja obrzydliwej, płatnej, sztucznej, oszukanej konsumpcji. Największe marnotrastwo światła i iluminacji.
DZIEŃ5
Kilka razy już zostałem sympatycznie zaczepiony, czy to prawdziwy aparat, czy ja robię zdjęcia, czy jestem fotografem itd, itd. Usiadłem sobie na chwilę niedaleko Journal Square, przy wolno stojących pustych, niebieskich stolikach i krzesłach, ale trudno było się domyślić do której działalności należą, żeby popatrzeć na budowę. I znowu usiadł młody facet o białej, lekko śniadej skórze, i czarnych włosach, skręcił jointa, zapalił, i ta sama gadka wstępna, że tak powiem. Cierpliwie i spokojnie odpowiedziałem mu na wszystkie pytania. Wstał podszedł do mnie i stojąc, wypytał się o moje pochodzenie. On na to, że jest z Kongo, zna francuski, hiszpański, a ja jakie. Ja, że polski, rosyjski, inne zaczęte. On na to jakie kraje dzięki temu rozumie, ja, że Europy Wschodniej i część Bałkanów. A on na to, że muszę pojechać do Ōueens, bo na Manhattanie wszędzie słabo z dobrym jedzeniem, a tam jądro i sens Ameryki. No to pojechałem.
NYC QUEENS
Właściwie tak, od początku wyobrażałem sobie żywe, prawdziwe multi kulturalne, handlowe i jedzeniowe jądro emigracyjnego miasta. Pełne wszystkiego co przychodzi do głowy jak o tym pomyśleć. Jednak po jakimś czasie zacząłem dostrzegać skrywany i tłumiony smutek. Po jakimś czasie ułożył się z tego wzór i zacząłem się zastanawiać nad faktyczną swobodą i tzw wolnością tego miejsca. Czy przypadkiem nie jest ono jakimś zastępnikiem. Jakimś substytutem. Co wspomaga dwie strony tego samego medalu.
Podczas nocnego powrotu, w pustym wagonie metra, nieco przede mną siedziała ładna czarna dziewczyna z torbą w biało-czerwony wzór. Okazało się, że pochodzi z Haiti i ma polskie imię Kasia (skrót od Katarzyna; ang. Catherine), która przeprowadziła się z rodziną z Queens do Jersey. Próbowała mi pomóc w orientacji w nocnych pociągach. Porozmawialiśmy trochę o Karaibach i razem pojechaliśmy lekkim pociągiem w częściowo podobnym kierunku. Opowiedziała mi o delikatnym temacie dokumentalnym i że zna najlepsze źródło, aby go zrealizować. Cóż, może to i była po prostu zwykła, wrażliwa, bezinteresowna, emigrancka pomoc. Kto wie…
29.10.25










































































































